W minionym tygodniu potwierdziły się wcześniejsze przypuszczenia, że tempo, w jakim rosną płace w gospodarce, będzie się zwiększać. To przyspieszenie było sygnalizowane także w ostatniej projekcji inflacyjnej. Według najnowszych danych, płace w styczniu wzrosły o 7,8 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym. To wysoka wartość. Przekroczone zostały prognozy analityków. Niewiele zmienia fakt, że dane są nieco "przekłamane", uwzględniają bowiem wypłatę przez KGHM niemal potrójnego wynagrodzenia pracownikom.
Koszty wyższych płac
Narastają obawy, w jak dużym stopniu tak wyraźny wzrost płac może przełożyć się na pojawiające się napięcia inflacyjne. Wiadomo już przecież, że w skali całej gospodarki dynamika płac przewyższa wzrost wydajności pracy. W sektorze przemysłowym na razie układ jeszcze jest korzystny, ale i tu nie oczekuje się, że ten stan rzecz potrwa długo.
Po analizie ostatnich danych można stwierdzić, że problem kosztów pracy zaczyna być niemal palący. Jak wiadomo, należy dążyć do tego, by dynamika wzrostu płac była niższa od dynamiki wzrostu wydajności pracy. Dzięki temu przedsiębiorcy nie mają przymusu podnoszenia cen własnej produkcji. Jest to jeden ze sposobów radzenia sobie z wyższymi kosztami. Innym jest obniżka uzyskiwanej marży, co może skutkować zmniejszeniem chęci do wydawania pieniędzy na inwestycje. Oba zasygnalizowane scenariusze nie są korzystne dla gospodarki: wzrost cen produkcji powoduje, że rośnie inflacja, zmniejszenie wydatków na inwestycje powoduje spadek tempa wzrostu gospodarczego. Wynika z tego, że gdy wzrost płac zaczyna być problemem, należy sięgnąć po takie środki, które powstrzymają przedsiębiorców przed podejmowaniem wspomnianych wyżej działań.
Interwencja premiera?