Reklama

Niepokojące dane makroekonomiczne

Mimo kilku mało przyjemnych publikacji, dotyczących makroekonomii, decydenci starają się uczestników rynków uspokajać. Na razie im się to udaje

Publikacja: 19.02.2007 07:44

W minionym tygodniu potwierdziły się wcześniejsze przypuszczenia, że tempo, w jakim rosną płace w gospodarce, będzie się zwiększać. To przyspieszenie było sygnalizowane także w ostatniej projekcji inflacyjnej. Według najnowszych danych, płace w styczniu wzrosły o 7,8 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym. To wysoka wartość. Przekroczone zostały prognozy analityków. Niewiele zmienia fakt, że dane są nieco "przekłamane", uwzględniają bowiem wypłatę przez KGHM niemal potrójnego wynagrodzenia pracownikom.

Koszty wyższych płac

Narastają obawy, w jak dużym stopniu tak wyraźny wzrost płac może przełożyć się na pojawiające się napięcia inflacyjne. Wiadomo już przecież, że w skali całej gospodarki dynamika płac przewyższa wzrost wydajności pracy. W sektorze przemysłowym na razie układ jeszcze jest korzystny, ale i tu nie oczekuje się, że ten stan rzecz potrwa długo.

Po analizie ostatnich danych można stwierdzić, że problem kosztów pracy zaczyna być niemal palący. Jak wiadomo, należy dążyć do tego, by dynamika wzrostu płac była niższa od dynamiki wzrostu wydajności pracy. Dzięki temu przedsiębiorcy nie mają przymusu podnoszenia cen własnej produkcji. Jest to jeden ze sposobów radzenia sobie z wyższymi kosztami. Innym jest obniżka uzyskiwanej marży, co może skutkować zmniejszeniem chęci do wydawania pieniędzy na inwestycje. Oba zasygnalizowane scenariusze nie są korzystne dla gospodarki: wzrost cen produkcji powoduje, że rośnie inflacja, zmniejszenie wydatków na inwestycje powoduje spadek tempa wzrostu gospodarczego. Wynika z tego, że gdy wzrost płac zaczyna być problemem, należy sięgnąć po takie środki, które powstrzymają przedsiębiorców przed podejmowaniem wspomnianych wyżej działań.

Interwencja premiera?

Reklama
Reklama

Tu z pomocą przychodzi państwo. Wysokie koszty zatrudnienia to nie tylko płace, ale w równej mierze wszelkie narzuty. Jeśli państwu zależy na utrzymaniu wysokiego tempa wzrostu gospodarczego, powinno podjąć takie działania, które będą miały na celu utrzymanie równowagi między wzrostem płac, a wzrostem wydajności. Państwo może interweniować, obniżając koszty pozapłacowe.

Tego typu działania są ostatnio zapowiadane przez rząd Jarosława Kaczyńskiego. Kilka tygodni temu stawiałem pod znakiem zapytania możliwość przeforsowania proponowanej przez Zytę Gilowską obniżki wysokości składki rentowej. Pierwotnie miało się to stać od początku 2008 roku, później Gilowska sygnalizowała, że być może taka zmiana nastąpi jeszcze w tym roku. W ubiegłym tygodniu dowiedzieliśmy się, że premier Kaczyński poważnie podchodzi do tego projektu (jego poparcie jest tu kluczowe). Osobiście zapowiedział, że pierwszy krok -obniżka składki rentowej o 3 pkt. procentowe -będzie miał miejsce w lipcu tego roku. To dobra wiadomość (o ile faktycznie do tego dojdzie). Inna sprawa, że rządzący powinni mieć świadomość, że innej rady nie ma, jeśli nadal chcą się cieszyć szybkim wzrostem gospodarczym. Przypomnijmy: zaniechanie tej obniżki skutkowałoby albo obniżeniem tempa wzrostu inwestycji, albo wzrostem inflacji, co musiałoby skutkować podjęciem działań przez RPP, czyli po prostu wzrostem stóp procentowych. Ostatnie dane pokazują, że sprawa robi się poważna. Dobrze, jeśli premier jest tego świadom.

Szybsza obniżka składki rentowej (która sprawi, że potencjalne wydatki na politykę społeczną mogą być większe) wynika m.in. z przypuszczenia, że sytuacja budżetu na taki krok pozwoli. Głównym czynnikiem, który to umożliwia, jest wyższy od planowanego wzrost gospodarczy. Przypomnijmy, że w budżecie jest on zaplanowany na 4,6 proc. Według ostatniej prognozy Komisji Europejskiej, wyniesie on w tym roku 6 proc. To jedna z wyższych oficjalnych prognoz. Ministerstwo Finansów jest nieco bardziej powściągliwe, choć także zakłada, że wynik będzie lepszy od założonego w budżecie. To dobre informacje.

Amerykanie

na razie się cieszą

Podobnymi dobrymi informacjami uraczył członków amerykańskiego Senatu szef Fed. Ben Bernanke w dorocznym wystąpieniu postawił tezę, że inflacja jest pod kontrolą i wydaje się, że napięcia powoli maleją. Zdaniem szefa amerykańskiego banku centralnego, gospodarka ma się relatywnie dobrze, a największe dla niej zagrożenie, jakim jest sytuacja na rynku nieruchomości, wydaje się być nie tak duże, jak się wcześniej obawiano (jak na złość jednak, pojawiły się dane o mocnym spadku liczby rozpoczętych budów). Reakcja rynków była błyskawiczna. Te słowa odczytane zostały jednoznacznie - skoro inflacja jest pod kontrolą, to nie należy się obawiać kolejnych podwyżek stóp procentowych. Teraz rozpatruje się datę możliwej pierwszej ich obniżki. Raczej nie należy liczyć, że dojdzie do niej w najbliższych miesiącach. Po pierwsze, na razie sytuacja nie jest jeszcze pewna, a więc ryzyko cały czas pozostaje. Inflacja nadal będzie wynosić blisko - lub nawet nieznacznie przekroczy - 2 proc. Tym samym nie ma wiele miejsca na ekspansywną politykę monetarną.

Reklama
Reklama

Po drugie, strefa euro przymierza się do podwyżki stóp procentowych, co będzie owocować zmianą układu stóp procentowych obu stref walutowych oraz osłabieniem dolara względem euro. Raczej nie należy oczekiwać, że strona amerykańska będzie dążyła do pogłębiania tego procesu. Słaby dolar to większa konkurencyjność amerykańskiego eksportu, ale to także wzrost cen towarów importowanych, a co ważniejsze - ujemny wpływ na rentowność zagranicznych inwestycji w USA. Ten ostatni czynnik jest niezwykle ważny. Stany Zjednoczone w wyniku potężnej nierównowagi w handlu zagranicznym są zmuszone do przyciągania kapitału zagranicznego, który tę nierównowagę sfinansuje. Ostatnie dane o przepływie kapitałów zasygnalizowały, że z tym finansowaniem mogą być kłopoty. Jeden miesiąc oczywiście jeszcze nie wpływa na ogólną ocenę, ale jeśli kolejne dane będą równie kiepskie, to sprawa zacznie być poważniejsza, a możliwość obniżek stóp procentowych stanie się mrzonką. Stany Zjednoczone będą podejmować działania w celu przyciągnięcia kapitału, co nie może się nie odbić na sytuacji w Polsce.

Trochę techniki

Ubiegły tydzień nie zmienił za bardzo sytuacji technicznej rynku. Teza o kreśleniu przez rynek formacji klina zwyżkującego nadal może być uważana za obowiązującą, a spadek względem poprzedniego piątku tylko ją potwierdza (wykres 1). Tak jak w poprzednim tygodniu, nadal sygnałem ewentualnej słabości rynku w średnim terminie będzie przełamanie poziomu ostatniego dołka na wykresie tygodniowym. Taka sytuacja zakończyłaby trwającą od dłuższego czasu sekwencję kolejnych wyżej położonych dołków (wykres 2). Czy do takiej sytuacji może wkrótce dojść? Nie jest to wcale takie niemożliwe. Przewaga popytu jest jeszcze wprawdzie widoczna, ale widoczny jest także jej spadek. Dobrym przykładam jest ostatnie fiasko ataku na rekord, a także walka na lokalnym wsparciu w ubiegłym tygodniu. Wsparciem tym, na wykresie dziennym, jest dołek z 26 stycznia br. Na razie ceny są nad nim, ale zejście niżej może być odebrane jako sygnał do zamknięcia średnioterminowych długich pozycji i otwarcia krótkoterminowych krótkich pozycji. Zwiększona aktywność podaży wynikać także może z faktu, że część graczy taki sygnał odbierze jako wyjście z formacji głowy i ramion (wykres 3). Jej wysokość odpowiada odległości do dołka z początku stycznia.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama