Co by nie mówić, nie była to porywająca sesja. Po długim okresie dreptania w miejscu
w końcu przyszło wybicie. Ceny skoczyły w górę, co ważne, na zwiększonym obrocie. To było przedwczoraj. Wczoraj, niestety, powróciliśmy do tego, co mieliśmy okazję obserwować przed wybiciem. Różnicą jest tylko poziom cen. Notowania zaczęliśmy niewielkim spadkiem cen. Przez cały dzień ceny nie oddalały się znacząco od poziomu z początku sesji. Najpierw nieco spadły, by po jakimś czasie nieco wzrosnąć. Ba, przez chwilę nawet udało się popytowi wyciągnąć rynek na plusy, ale dość szybko powróciliśmy na poziom otwarcia. Końcówka sesji była już mniej optymistyczna. Pojawiły się nowe minima sesji. Minima na koniec dnia to raczej marny sygnał, ale akurat wczoraj miał on niewielkie znaczenie. Przewaga popytu jest na razie bezdyskusyjna. Wspomniana przewaga wynika z przedwczorajszego wzrostu. Popyt okazał się na tyle silny, że do tej pory nie doszło do poważniejszej korekty tego skoku cen. Wczorajsza końcówka może być jej początkiem i może doprowadzić do testu siły kupujących. Jest pewnie na rynku grupa graczy liczących na to, że ostatni wyskok cen był tylko pojedynczym epizodem i nie pociągnie za sobą żadnych konsekwencji, a już na pewno nie doprowadzi do skutecznego ataku na poziom rekordów.
Takie podejście jest równie dobre jak to, że rynek już pali się do wyznaczenia rekordów. Czy rekordy będą, czy nie, przekonamy się zapewne dopiero w przyszłym tygodniu. Na dzisiejszą sesję
nie można liczyć. Dziś wygasają wrześniowe serie kontraktów
i opcji, a to sprawia, że w końcówce dnia (gdy będą wyznaczane kursy rozliczeniowe) mogą dziać się cuda. Podejmowanie na ich podstawie jakichkolwiek decyzji