Warto sobie uświadomić jeden fakt. Wielu zapewne wspomina początek sierpnia jako trudny czas próby. Poziom emocji i niepewności był wysoki. Marzenia dotyczące zysków z giełdy znikały w tempie spadku wartości kapitału na rachunku. Być może teraz część inwestorów jest z siebie dumna, że "sprostała sytuacji", że wytrzymała i teraz jest już lepiej. Owszem, jest lepiej, ale przecież to, co wydarzyło się latem, nie było czymś wyjątkowym na rynku. To był tylko spadek o ok. 20 proc. Wystarczy spojrzeć na wykres tygodniowy (wykres 1), by uzmysłowić sobie, że to wydarzenie było jedynie epizodem. Skoro takie emocje dotyczyły w sumie średniej wielkości przeceny, to co będzie, gdy rynek zacznie bessę z prawdziwego zdarzenia i tak szczęśliwych powrotów, jak ten wrześniowy, nie będzie?
Proszę mi wierzyć, nie mam zamiaru nikogo straszyć. Nie opisuję tu jakichś wydumanych historyjek. Wystarczy cofnąć się o kilka lat. Naprawdę nie trzeba daleko szukać. Skoro w czwartek, 16 sierpnia, na rynku mieliśmy, według wielu komentatorów, panikę, to co można powiedzieć o tym, co wydarzyło się w 2000 i 2001 roku? Przecież te dwa ruchy cen są nieporównywalne. W sierpniu jedynie zasmakowaliśmy tego, co może się wydarzyć, jeśli rynek rzeczywiście wejdzie w fazę spadków. To była okazja, by zobaczyć, a dla części zapewne również wyczuć, przysłowiowy czubek góry lodowej emocji i frustracji, jakie się pojawiają, gdy rynek zmienia kierunek wbrew oczekiwaniom inwestora.
Gdzie ta krew?
Ostatnie lata hossy zdemoralizowały inwestorów. W trakcie wzrostów pojawiła się znaczna grupa graczy, którzy nadal nie mają doświadczenia w radzeniu sobie z długotrwałym spadkiem cen. Demoralizacja zaszła tak daleko, że nawet część, zdawałoby się, zaprawionych w bojach ludzi pozwoliła sobie na mocne określenia dla lipcowo-sierpniowego spadku. Przykładem może być choćby często wspominany tu Mark Hulbert, który ostatnio w swoim felietonie przyrównał sierpniowy dołek do dołka po krachu w 1987 roku. Skala obu ruchów jest nieporównywalna. Mimo to, jego zdaniem, w obu przypadkach ulicami płynęła krew, czyli poziom pesymizmu był tak wysoki, że skłaniał do zleceń kupna. Myślę, że było to porównanie zbyt daleko idące i dokonane tylko dlatego, by pokazać, jak sprytny był Goldman Sachs inwestując 2 mld dolarów w dołku przeceny. Dla Hulberta jest to przykład potwierdzający kontrariańskie podejście do rynku. Szybki zarobek 320 mln dolarów (bo tyle w ciągu miesiąca zarobiło wspomniane 2 mld dolarów) robi wrażenie, choć trzeba przyznać, że ta inwestycja obarczona była znacznym ryzykiem. Tym razem się udało. Nickowi Neesonowi, który w podobne zagrywki angażował pieniądze Barings, to się nie udało. Nikkei wbrew nadziejom młodego tradera spadał dalej, aż bank zbankrutował i został przejęty za 1 funta przez ING.
U boku traderów z Goldman Sachsa
Takie samo ryzyko wiązało się z utrzymywaniem pozycji w chwili kreślenia dołka. Nie ma tu różnicy między tym, kto w danej chwili wchodzi na rynek, a tym, który jest już na rynku. W pewnym momencie obaj są zaangażowani, a więc wynik ich inwestycji od tego momentu w podobnym stopniu zależy od zmiany cen. Oczywiście, przy uwzględnieniu stopnia dźwigni. Każdy, kto przetrzymał dołek i utrzymał pozycję do teraz, może stać zadowolony u boku traderów z Goldman Sachs. Pytanie, na ile było to zachowanie już wcześniej skalkulowane, a ile było w tym zaciskania zębów i trzymania kciuków "za odbicie". Tym razem strategia przetrzymania się opłaciła. Warto z tego wyciągnąć wnioski i powinny być one odległe od tezy, że "każdy spadek da się wytrzymać". Nie każdy.