Koncentrowanie się na krótkoterminowych ruchach indeksów akcji na świecie wywołanych przez czynniki, takie, jak posunięcia Fedu czy kolejne doniesienia o kryzysie kredytowym, może sprawić, że uwadze umyka długoterminowa sytuacja techniczna. Spójrzmy na wykres S&P 500. Z jednej strony w przypadku tego indeksu nie pojawiły się w ostatnich miesiącach żadne obiektywne sygnały potwierdzające zakończenie długoterminowego trendu wzrostowego. Sierpniowa fala przeceny zatrzymała się niemal idealnie na poziomie marcowego dołka intraday. Z kolei wyprzedaż w listopadzie wyhamowała na wysokości dołka sierpniowego (tyle że tym razem nie intraday, lecz na poziomie z zamknięcia). Jednocześnie listopadowy dołek położony był powyżej dołka marcowego. W takiej sytuacji nie zostało spełnione podstawowe formalne kryterium bessy mówiące o tym, że trend spadkowy charakteryzuje się tym, że kolejne dołki są położone coraz niżej.
Z kolei w perspektywie pół roku owa długoterminowa tendencja wzrostowa ustąpiła miejsca średnioterminowemu trendowi bocznemu. S&P 500 znajduje się na poziomie sprzed siedmiu miesięcy, oscylując między wspomnianymi dołkami, a październikowym szczytem.
Na podstawie "chłodnej" analizy tych faktów wypada stwierdzić, że ostatnie miesiące nie przyniosły żadnego dramatycznego punktu zwrotnego. Zgodnie z teorią, skoro średnioterminowa konsolidacja następuje w ramach długoterminowego (czyli nadrzędnego) trendu wzrostowego, to jest prawdopodobne, że wybicie z owej konsolidacji nastąpi zgodnie z kierunkiem owego nadrzędnego trendu, czyli w górę. Tezę tę trzeba by zweryfikować dopiero, gdyby S&P 500 przebił przynajmniej listopadowy dołek. To na razie bardzo odległa perspektywa.
Podobny techniczny układ pojawił się na wykresach indeksów w Europie Zachodniej. Przykładowo niemiecki DAX od maja praktycznie stoi w miejscu, a jednocześnie jest blisko tegorocznych szczytów. Trudno się upierać przy scenariuszu zakładającym, że indeks konsolidację opuści dołem.
PARKIET