Już początek sesji był kiepski, ale jak się okazało, był to jeden z wyższych poziomów wczorajszych wahań. Notowania ruszyły od przeceny o ponad 1 proc., co było reakcją na środowe słabe zachowanie rynków w USA (zamknięcie na plusie, ale po spadku cen) oraz na silną poranną przecenę w Japonii. Samo otwarcie nie decyduje jednak o całej sesji. Popyt miał wiele sposobności, by odrobić straty. Ba, nawet się do tego przymierzał. Do południa ceny powoli się podnosiły i krótko przed 12.00 pojawiły się nowe maksima. Problem w tym, że dotyczyły one jedynie kontraktów. Indeks nie był równie silny. To był zapewne jeden z czynników, który sprawił, że później ceny powoli się obniżały. Wyglądało na to, że brak sukcesu w próbie powrotu do poziomu zamknięcia poprzedniej sesji skłoni podaż do większej aktywności, a tym samym rynek będzie testował poziom wsparcia, za jaki uchodził dołek wyznaczony w czwartek tydzień temu. Po 13.00 spadek cen zdecydowanie przyspieszył. Zaczęło się od zaliczenia nowych minimów sesji, a skończyło na spadku do poziomu 3621 pkt. Ostatnia faza przeceny była bardzo dynamiczna. Powodem tej dynamiki były zlecenia stop ustawione pod wspomnianym czwartkowym dołkiem. Doszło zatem do testu poziomu wsparcia i zostało ono przebite. Popyt przez dłuższy czas nie był w stanie wyciągnąć cen z powrotem.
W końcówce pojawiły się kosze zleceń kupna, które sprawiły, że zamknięcie dokonało się na poziomie czwartkowego dołka.
Uratowało to skórę posiadaczy długich pozycji, ale wrażenia są raczej mieszane.
W trakcie dnia pojawiły się ciekawe informacje ze sfery makro. Inflacja rośnie. Tu mamy potwierdzenie zarówno w przypadku polskiego wskaźnika CPI, jak i dynamiki cen amerykańskiej produkcji sprzedanej (PPI).
Rynki nie zareagowały na to panicznie, choć informacja może mieć znaczne konsekwencje w przyszłości. Pocieszeniem był wzrost sprzedaży detalicznej w USA w tempie szybszym od oczekiwanego. Konsumpcja jest głównym czynnikiem wpływającym na wielkość amerykańskiego PKB. Lepsza sytuacja konsumpcji to lepsza dynamika PKB.