Końcówka roku upływa w nastrojach, które niezbyt przypominają rajd Świętego Mikołaja. Od końca grudnia 2006 r. WIG20 zyskał zaledwie 5,1 proc., a WIG - 10 proc. I pomyśleć, że jeszcze pół roku temu roczne tempo wzrostu obu indeksów wynosiło odpowiednio 50 proc. i prawie 80 proc...

W takich chwilach wielu inwestorów jest skłonnych pod wpływem emocji porzucić rynek. Warto jednak pamiętać, że często w momentach powszechnego zniechęcenia zdarzają się doskonałe długoterminowe okazje inwestycyjne. Kupując akcje teraz, ma się po pierwsze pewność, że nie kupi się ich na szczycie notowań. Po drugie, znany jest dystans do owego szczytu. Poza tym, nawet gdyby okres pogorszenia koniunktury się znacznie przedłużył, sensu z pewnością nie traci odkładanie oszczędności w akcjach.

Żeby to zobrazować, przeprowadziliśmy prostą symulację. Założyliśmy, że przykładowy inwestor Kowalski co miesiąc odkładał z bieżących dochodów 500 zł i lokował je w całości w hipotetycznym koszyku akcji będącym równoznacznym ze składem WIG20. Przez 10 lat od grudnia 1997 roku jego portfel urósł do prawie 132 tys. zł. Gdyby zamiast lokować oszczędności w akcjach, odkładał je do przysłowiowej "skarpety", zgromadzona przez niego suma byłaby o połowę mniejsza - wyniosłaby 62,5 tys. zł.

Taka prosta, długoterminowa strategia opiera się na tzw. uśrednianiu ceny zakupu akcji. Nabywając walory regularnie, nie ryzykujemy, że będziemy je kupować notorycznie po zawyżonych cenach (tak jak by to było, gdybyśmy portfel wypełnili akcjami w pierwszej połowie roku). Warto zauważyć, że nawet w czasie wielkiej bessy w latach 2000-2002 portfel naszego przykładowego Kowalskiego skurczyłby się w najgorszym momencie o jedną trzecią, podczas gdy WIG20 spadł wówczas aż o 60 proc. Wniosek jest prosty - przy długoterminowym oszczędzaniu (np. na emeryturę) nie ma praktycznie żadnych wątpliwości, czy warto lokować przynajmniej część gotówki w akcjach.

Parkiet