Przez moje okulary

Jeśli ludzie mniej wiedzą, to na pewno dokonają lepszego wyboru. Wybór będzie wprawdzie przypominał losowanie fantów w wykonaniu dyżurnej sierotki - ale taka metoda znacznie zwiększy szanse na przegraną. Tak - na przegraną - i o to chyba właśnie idzie. Urząd Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi stanął "w obronie swobody wyboru i przejrzystości rynku dla potencjalnych członków funduszy emerytalnych". UNFE domaga się więc zapewne publikowania jak największej liczby rzetelnych informacji, które sprawią że dla przyszłego klienta funduszu rynek ów stanie się przejrzysty jak płuca niepalącego pod rentgenem - pomyślałem i zasiadłem do dalszej lektury. Już przy następnym zdaniu zacząłem jednak przecierać oczy ze zdumienia. UNFE "stanowczo sprzeciwia się publikowaniu w prasie różnego rodzaju rankingów, ratingów itp. - zestawienia zawierają bowiem ocenę, który fundusz będzie lepszy lub gorszy w zarządzaniu aktywami swoich członków".Im ciemniej, tym jaśniej? Ano właśnie! Stanowisko emerytalnego obernadzorcy było reakcją na lamenty prezesów poszczególnych funduszy, mocno zaniepokojonych ogłaszanymi w mediach rankingami. Jesteśmy w domu! Po co rankingi - niech naród wybiera w ciemno. Radbym jeszcze tylko wiedzieć, którzy to prezesi byli najbardziej zaniepokojeni...Dodam, że nie chciałbym dokonywać życiowego, ważnego dla mej przyszłości wyboru tylko na tej podstawie, że jeden fundusz poleca mi dziecko z plakatu, a drugi - dziarski anonimowy staruszek lub znany aktor.Jako przykład strategii "im ciemniej, tym jaśniej" jawi mi się też inny publiczny anons z ostatnich dni - otwarty protest grupy "ekonomistów społecznych". Wśród piętnaściorga sygnatariuszy jest 14 profesorów - na okrasę wśród nich jedna niewiasta, a także jeden zwykły doktor, dopuszczony do komitywy. Przeciw czemu protestuje to zacne grono (alfabetycznie otwiera je - profesor, a jakże - Paweł Bożyk, niegdysiejszy doradca Edwarda Gierka; efekty tego doradzania do dziś wszyscy spłacamy w twardej walucie)? Ano - protestuje przeciw "wspieraniu zbankrutowanej liberalnej strategii gospodarczej środkami finansowymi biednej części ludności". Dziw, że wśród sygnatariuszy nie ma - obok prof. Augustyna Wosia - innego rolnego ekonomisty (jeszcze bez profesorskiego tytułu, ale na wszystko przyjdzie czas) Andrzeja Leppera.Bankructwo realizowanej w III RP strategii - jak wiadomo - po prostu bije w oczy i wyziera ze wszystkich wskaźników ekonomicznych! Wskaźniki wprawdzie są powszechnie znane, ale zawsze można coś zaciemnić, by rozjaśnić. Gdy do tego dodać parę sformułowań w rodzaju "wydatki tzw. przedsiębiorców na luksusową konsumpcję" (leksykalne zabiegi z przeszłości ciągle skuteczne: małe "tzw." - i proszę, nie przedsiębiorcy, ale w gruncie rzeczy kanciarze i krwiopijcy) - rośnie szansa, że w naszym słabo wyedukowanym narodzie niezrozumiałe dla wielu faktyczne dane pójdą w kąt - a ich miejsce zajmą populistyczne anonse utytułowanych autorytetów.Na pewnym etapie mej dziennikarskiej pracy zajmowałem się sprawami nauki - i w tym czasie całkowicie wyzbyłem się szacunku do pięknie brzmiących tytułów w rodzaju "profesor". Nauczyłem się, że w "zawodzie" profesora - jak w każdym innym - pracują geniusze i głupcy, pracowici i obiboki, ludzie uczciwi i krętacze. I jeszcze tego, że jest tam wyjątkowo wielu zawistników. Dotyczy to również profesorów ekonomii. Niektórzy z tych ostatnich twierdzą, że białe jest czarne, gdyż może głęboko w to wierzą; inni lubią odgrywać rolę adwokata diabła. Najwięcej jest chyba jednak takich, którzy ostrze swej krytyki - nie bacząc na to, czy ma ona racjonalne przesłanki - kierują w stronę konkurentów do wawrzynu sławy.

JERZY KOREJWO