Okres łatwej zabawy na rynku nieruchomości mamy już za sobą. Bo chociaż mieszkań cały czas brakuje i brakować jeszcze bardzo długo będzie
(ani obietnice ekipy Kaczyńskiego nic tutaj
nie zmieniły, ani w cuda Tuska i jego popleczników nie ma
co wierzyć), to rynek ten stał się trudny. A trudność ta dotyczy budujących, sprzedających, kupujących, pośredniczących, udzielających kredyty... Nikt tak naprawdę nie wie, co może nas czekać. Testowanie rynku trwa.
Lobby próbujących nakręcić koniunkturę jest pewnie
dominujące (w końcu chęć zysku jest czymś, co trudno od siebie odgonić), ale ma pecha, bo kupujący w dużej części czekają.
Jedni - bo nie wiedzą, co tak naprawdę się wydarzy.
Drudzy - bo najzwyczajniej w świecie nie stać ich na kredyt,
czyli na mieszkanie. Oczekiwanie na to, że mieszkania zaczną tanieć, na razie nie do końca się sprawdzają. Ci, którzy zamierzali kupić mieszkanie, wstrzymywali się z decyzją, czekając
na spadek cen. Wielu z nich liczyło głównie na obniżki wartości lokali nowych. Tymczasem w największych miastach staniały
jedynie nieruchomości w blokach z tzw. wielkiej płyty,
którymi i tak zainteresowanych jest niewielu.
Nowe mieszkania nadal drożeją. Większość deweloperów
nie chce bowiem ograniczać swoich zarobków, a część
- tych małych - po prostu nie może sprzedawać taniej,
bo groziłoby im to finansową katastrofą. Dlatego coraz częściej mówi się o konsolidacji w branży. Jakoś ten trudny okres trzeba przecież przetrwać. Obserwatorzy rynku nieruchomości
uważają, że nadal będziemy mieć do czynienia ze wzrostem
wartości lokali w nowym budownictwie. A rynek wtórny?
Tutaj mogą zajść pewne zmiany, bo ceny - szczególnie
w największych miastach - ciągle są wyjątkowo wysokie.
Sprzedający pewnie będą musieli pogodzić się z tym,
że rynkowe szaleństwo to już historia i stare
- kilku- lub kilkunastoletnie mieszkanie
- nie może być droższe od nowego.