Dekret Bieruna z 1945 r. zabrał warszawiakom 40 tys. nieruchomości, czyli 94 proc. miasta w przedwojennych granicach. Do tej pory właścicielom
oddano 2,5 tys. nieruchomości. Co z resztą?
Jest projekt reprywatyzacji przygotowany przez władze stolicy, ale nie da się ukryć, że próbuje on "wykolegować" ogromną
grupę osób okradzionych przez komunistów, proponując
im jedynie kilkunastoprocentowe odszkodowanie za ziemię,
kamienice, mieszkania. Oczywiście, wartość odszkodowań za komunistyczne złodziejstwo sięgałaby dzisiaj dziesiątek
miliardów złotych, ale w praworządnym kraju chyba powinno się to rozwiązać z pełnym poszanowaniem praw własności.
Tym bardziej że zwycięska koalicja (a w każdym razie jej
dominująca część) obiecywała kraj respektujący prawo
do własności. Okruchy z pańskiego stołu mogą jedynie
zaśmiecić polską rzeczywistość i po raz kolejny
skompromitować nasz kraj przed międzynarodowymi sądami.
Z drugiej strony obecnie rządzący, ulegając naciskom
bardzo silnego lobby działkowców (Bóg jeden wie,
skąd ich siła) chcą pracownicze działki oddać ich
użytkownikom, nie stawiając warunku, by nadal były
to tereny zielone miast. To nic innego jak kolejna próba uwłaszczenia części Polaków kosztem innych.
A w zasadzie to czai się za tym niezły przekręt finansowy.
No, bo jeśli w miejscu grządek zaczną powstawać biurowce, a decyzję, kto i za ile podejmować będą działacze Polskiego Związku Działkowców, to niezłe śliwki robaczywki mogą
wysypać się na ulice.