Paniczna wyprzedaż, do której doszło w zeszłym tygodniu na giełdach w Chinach i w Hongkongu, miała dosyć oczywistą przyczynę. Inwestorzy wystraszyli się radykalnych działań chińskich regulatorów podejmowanych wobec kolejnych branż. Swoją ofensywę zaczęli oni w listopadzie, doprowadzając do odwołania ogromnej oferty publicznej firmy Ant Group (należącej do miliardera Jacka Ma, założyciela koncernu Alibaba). Wszczęli oni później dochodzenia wobec Alibaby, koncernu Tencent oraz innych gigantów cyfrowych. Inwestorzy przez wiele miesięcy nie widzieli w tym wielkiego zagrożenia. Owszem, chińskie akcje radziły sobie w pierwszym półroczu 2021 r. przeciętnie, ale można było to tłumaczyć większym zainteresowaniem inwestorów odbiciem gospodarczym w USA i w Europie. Prawdziwa seria uderzeń regulacyjnych, coraz mocniej niepokojących inwestorów, zaczęła się w czerwcu.
Cios w dynamiczne branże
Didi Chuxing to spółka nazywana chińskim Uberem. Jeszcze kilka lat temu władze ChRL byłyby dumne z jej debiutu na giełdzie nowojorskiej. Weszła ona tam w czerwcu, zbierając z rynku 4,4 mld USD. Wcześniej jednak Chińska Administracja Cyberprzestrzeni (CAC) z niejasnych powodów rekomendowała jej wstrzymanie się z ofertą. Wkrótce po IPO regulator nakazał usunięcie aplikacji Didi z chińskich sklepów internetowych, uzasadniając to tym, że spółka musi dostosować się do przepisów dotyczących ochrony danych osobowych swoich klientów. Wstrzymano również nowe rejestracje samochodów wykorzystywanych przez Didi i przeszukano biura spółki. W efekcie tych działań kurs akcji Didi spadł od debiutu o 30 proc. Amerykańscy inwestorzy, którzy kupili te papiery, odbyli przyspieszoną lekcję na temat nieobliczalności urzędników z Pekinu.
Inną spółką, którą chińscy regulatorzy wzięli na celownik, jest Tencent. W lipcu Państwowa Administracja Regulacji Rynków (SAMR) zablokowała plan połączenia należących do niej platform streamingowych dla graczy Douyu i Huya. Storpedowany w ten sposób został projekt stworzenia platformy wartej 10 mld USD i mogącej być rywalem dla serwisu Twitch, należącego do amerykańskiego koncernu Microsoft. Nieco później regulatorzy zabronili Tencentowi zawierania ekskluzywnych umów z gwiazdami muzyki, a pod koniec lipca zakazali rejestrowania nowych użytkowników komunikatora społecznościowego WeChat. (Należący do Tencenta WeChat jest jedną z najpopularniejszych aplikacji w Azji Wschodniej, mającą 1,2 mld użytkowników oraz serwis płatniczy, z którego korzysta ponad 900 mln ludzi). Skutek tych działań? Kurs Tencentu przez ostatnie pół roku spadł w Hongkongu o 33 proc.
Największą panikę wywołało jednak nagłe ogłoszenie pakietu zmian regulacyjnych uderzających w prywatne firmy edukacyjne. Pakiet ten ogranicza im niemal do zera możliwość wypracowywania zysków i przyciągania inwestorów. Nie będą one mogły też przeprowadzać ofert publicznych. Na pierwszej sesji po ogłoszeniu tych zmian legislacyjnych akcje spółek z tej branży traciły po 30–40 proc. Symbolem stała się firma Gaotu Techedu, której akcje straciły w ciągu pięciu sesji ponad 70 proc., a przez ostatnie pół roku aż 97 proc. Chiński rząd nie ukrywa, że chodzi mu o zgniecenie całej branży. „Sektor edukacji stał się w dużym stopniu zakładnikiem kapitału. To uderzyło w naturę szkolnictwa jako świadczenia społecznego" – mówił artykuł zamieszczony na stronie chińskiego Ministerstwa Edukacji.