Okiem eksperta

Niekończący się trend boczny

Od kwietniowych dołków cena baryłki ropy WTI wzrosła o ok. 28 USD, natomiast cena baryłki ropy Brent odrobiła ok. 23 USD.

Patryk Pyka, analityk, DI Xelion

Foto: materiały prasowe

Biorąc pod uwagę rollercoaster, który miał miejsce na początku drugiego kwartału przy okazji zapadalności majowych serii kontraktów na WTI, bardziej miarodajną skalą odrabiania strat jest ok. 115-proc. wzrost ceny baryłki Brent (w przypadku WTI mieliśmy do czynienia ze wzrostem od kwietniowego dołka o ok. 240 proc.). Pomimo wysokiej skali odbicia, która straciła dynamikę już w czerwcu, w przypadku obu gatunków surowca wciąż mamy do czynienia z ponad 30-proc. stratą YTD.

W ostatnim czasie poznaliśmy raport OPEC, w którym znajduje się prognoza zakładająca, że mniej więcej dziesięć lat globalny popyt na ropę będzie już tylko maleć. Kartel tłumaczy to zjawisko większą efektywnością w wykorzystaniu energii oraz rosnącą popularnością transportu elektrycznego. W grę wchodzi też zmiana stylu życia – pandemia niewątpliwie przyspieszyła niektóre trendy, w tym przede wszystkim popularyzację pracy zdalnej.

Tymczasem wygląda na to, że strona podażowa ma się całkiem dobrze. Trwałe wyjście ceny powyżej 40 USD rodzi pewne ryzyko, które jest związane z luzowaniem polityki cięć przez Arabię Saudyjską oraz Rosję. W przypadku tych państw takie poziomy cenowe gwarantują osiągnięcie rentowności, co oczywiście rodzi pokusę zwiększenia produkcji i podreperowania napiętych budżetów. Niektóre wyliczenia wskazują, że próg opłacalności produkcji ropy w Rosji oscyluje w granicach 40 USD/brk, natomiast przypadku Arabii Saudyjskiej ten jest jeszcze niższy.

Biorąc po uwagę krótki termin, warto też wspomnieć o sezonie huraganów, który w USA zmierza ku końcowi. Każdego roku okres ten sprzyja wyższej zmienności, a pojawiające się u wybrzeży żywioły niszczą infrastrukturę wydobywczą i podbijają ceny. Kolejne miesiące powinny być zatem pod tym względem spokojne, co powoduje, że na pierwsze miejsce ponownie wysuną się problemy, związane z obniżonym popytem.

Obecnie zapasy paliw za oceanem są bliskie historycznych rekordów. Zniechęca to rafinerie do zwiększania mocy wytwórczych (w USA przetwarzają one nadal o około 20 proc. mniej ropy niż przed pandemią). Tymczasem kolejna fala epidemii ogranicza nadzieje na wyczekiwane odbicie popytu, a rezerwy podażowe wciąż pozostają wysokie. Wygląda na to, że zadyszka w ożywieniu gospodarek USA i strefy euro może zakończyć kilkumiesięczną konsolidację notowań surowca w negatywny sposób. ¶

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.