Zmiana głównego lokatora Białego Domu wywołuje zrozumiałe nadzieje w Pekinie. Joe Biden jest przecież politykiem o wiele bardziej przewidywalnym niż Donald Trump. Chińscy przywódcy wiedzą to, bo wielokrotnie się spotykali z Bidenem, gdy był wiceprezydentem, a syn prezydenta elekta Hunter robił nawet interesy z państwowymi spółkami z ChRL. Joe Biden, co prawda, nazwał chińskiego prezydenta Xi Jinpinga „bandytą", ale można to uznać za typowe kampanijne zagranie dla części elektoratu. Wcześniej raczej lekceważył on chińską supermocarstwowość. – Chiny nas pokonają? Na Boga, ludzie... Oni nawet nie mogą wykombinować, jak sobie poradzić z tym, że mają ten wielki podział między Morzem Chińskim a górami na wschodzie, tzn. na zachodzie – mówił Biden w 2019 r. Stwierdził też wówczas, że Chiny „nie są konkurencją" dla USA. W Pekinie mogą więc liczyć na to, że nowa amerykańska administracja zaangażuje się w reset relacji politycznych i gospodarczych, podobny jaki ekipa Obamy zapewniła Rosji w latach 2009–2012. Czy jednak zimna wojna pomiędzy USA i Chinami nie rozwinęła się już czasem na tyle, że uniemożliwi trwalsze ocieplenie relacji dwóch supermocarstw?