Gospodarka - Kraj

Ożywienie się opóźnia, ale będzie silne

Gościem Grzegorza Siemionczyka w środowym wydaniu #PROSTOzPARKIETU był Piotr Bielski, dyrektor departamentu analiz ekonomicznych Santander Bank Polska.
Foto: parkiet.com

We wtorek MFW przedstawił zaktualizowane prognozy dla światowej gospodarki. Są one bardziej optymistyczne od tych ze stycznia, ale też od tych z października. Przewidywania dla Polski niewiele się jednak zmieniły, jeśli weźmiemy pod uwagę cały okres 2020–2022. To oznacza, że MFW pozostaje dość pesymistyczny. Obecnie sądzi, że w 2021 r. PKB Polski zwiększy się o 3,5 proc. To byłby wynik słabszy, niż oczekuje większość polskich ekonomistów. Są jakieś powody do takiego pesymizmu? Z zewnątrz widać coś, czego my nie chcemy brać pod uwagę?

MFW nie jest jedyną instytucją, która prezentuje takie ostrożne prognozy. Wzrostu PKB Polski w tym roku o sporo mniej niż 4 proc. spodziewa się też np. agencja Moody's. Domyślam się, że głównym wyjaśnieniem tych prognoz jest duża ostrożność w ocenie tego, kiedy i jak mocno szarpnie wzrost gospodarczy, gdy pozbędziemy się obaw związanych z pandemią. My pomimo niedawnej rewizji prognoz w dół uważamy wciąż, że możliwy jest wzrost w tym roku o ponad 4 proc. Opiera się to jednak na założeniu, że w II połowie roku wzrost PKB w ujęciu kwartał do kwartału mocno przyspieszy. Wiemy już bowiem, że w I półroczu ścieżka wzrostu będzie raczej płaska z powodu pełzającego lockdownu.

Biorąc pod uwagę to, jak przebiega u nas akcja szczepień i jak radzimy sobie z trzecią falą epidemii, jak duże jest ryzyko, że w III albo IV kwartale rząd będzie znów musiał wprowadzać ograniczenia aktywności ekonomicznej, aby stłumić kolejną falą covidu?

Nie możemy tego wykluczyć, ale głównie dlatego, że wykluczyć nie możemy nagłych zwrotów w rozwoju pandemii, na przykład pojawienia się nowych mutacji wirusa odpornych na szczepionki. Ale zakładając, że tak nie będzie, to nie spodziewam się, aby konieczne było ponowne wprowadzanie ograniczeń. Jest bardzo prawdopodobne, że proces szczepień mocno rozkręci się w najbliższych miesiącach i w efekcie do późnego lata albo wczesnej jesieni osiągniemy taki poziom odporności w populacji, który będzie nas chronił przed kolejną dużą falą zachorowań. Nasz bazowy scenariusz zakłada więc, że obecna faza restrykcji, nawet jeśli będzie się przedłużała – a zakładam, że przed majówką się nie skończy – będzie już ostatnią o istotnym wpływie na gospodarkę.

Tuż przed naszą rozmową rząd ogłosił, że obowiązujące obecnie restrykcje będą utrzymane jeszcze przez co najmniej tydzień. Jakie są koszty takiego dodatkowego tygodnia paraliżu? To są wielkości znaczące?

Nie mam gotowej miary, ile kosztuje nas dodatkowy tydzień lockdownu. Wiele też zależy od struktury tych ograniczeń. Kluczowe jest to, co się będzie działo z handlem detalicznym. Tu potencjalnie może nastąpić duża poprawa aktywności. Gospodarstwa domowe, które nie zostały mocno poturbowane, mają potrzebę znormalizowania wydatków. Obecnie nie mogą tego zrobić i to jest najbardziej bolesne dla gospodarki. Widzieliśmy to w IV kwartale. Przemysł się rozwijał, a jednak PKB kwartał do kwartału nieco zmalał. W pierwszych dwóch kwartałach tego roku spodziewałbym się wzrostu PKB w takim ujęciu, ale symbolicznego.

Gdy rozmawialiśmy kilka tygodni temu, oceniałeś, że w najbliższych miesiącach inflacja przejściowo przyspieszy, ale to nie będzie coś, czym niepokoić powinna się Rada Polityki Pieniężnej. Czy podtrzymujesz tę ocenę po tym, jak dowiedzieliśmy się, że w marcu inflacja podskoczyła zdecydowanie mocniej, niż oczekiwała większość ekonomistów?

Dane marcowe rzeczywiście były sporym zaskoczeniem. Wygląda na to, że ten wzrost inflacji był przede wszystkim napędzany przez inflację bazową (nieobejmującą cen energii i żywności – red.), czego zupełnie się nie spodziewaliśmy. Zakładaliśmy, że przez cały ten rok inflacja bazowa będzie się stopniowo obniżać, a ten przejściowy wzrost inflacji ogółem, o którym wspomniałeś, miał być podyktowany wzrostem cen paliw oraz, w dalszej części roku, żywności. W marcu ewidentnie inflacja bazowa wzrosła, według naszych szacunków sięgnęła 4 proc. (po 3,7 proc. w lutym – red.). Na razie nie wiemy, co dokładnie za tym stało. Ale nie rezygnujemy na razie z tezy, że inflacja bazowa będzie się obniżała. Im dłużej tkwimy w restrykcjach, tym bardziej opóźnia się moment odbicia popytu konsumpcyjnego, co mogłoby doprowadzić do skoku cen niektórych towarów i usług. Cały czas aktywność w gospodarce jest poniżej potencjału, co moim zdaniem nie powinno sprzyjać nakręcaniu się procesów inflacyjnych. Inflacja bazowa przez większą część roku będzie poniżej 3 proc.

Z perspektywy konsumentów i oszczędzających ważna jest jednak inflacja ogółem, a nie bazowa. Czy sądzisz, że ona może być wyższa niż w ub.r., gdy wynosiła średnio 3,4 proc., najwięcej od 2012 r.? Czy RPP powinna na to zareagować?

Średnio inflacja raczej nie będzie wyższa niż w ub.r. I to będzie wciąż inflacja umiarkowana, a nie jakaś wybujała, szczególnie w fazie wychodzenia z perturbacji. Firmom łatwiej sobie poradzić z szokami, gdy inflacja jest nieco powyżej celu. Natomiast bank centralny powinien patrzyć na lata przyszłe, a nie na bieżącą inflację. Na horyzoncie są pewne zagrożenia, ale to nie oznacza, że już teraz należy podnosić stopy procentowe. Dopóki utrzymuje się niepewność związana z koronawirusem, RPP nie będzie miała powodu, aby myśleć o zaostrzaniu polityki pieniężnej. Pod koniec roku, a już na pewno w roku przyszłym, będziemy mieli większą pewność, że jesteśmy na właściwej drodze, a inflacja wciąż będzie dość wysoka. I wtedy już nie będzie powodu, aby utrzymywać stopy na rekordowo niskim poziomie. Sądzę jednak, że ostatecznie do podwyżek dojdzie dopiero w II połowie 2022 r., po zakończeniu obecnej kadencji prezesa Adama Glapińskiego.

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.