REKLAMA
REKLAMA

Biznes i sport

Król potrzebny wszystkim

Na zdrowotnych kłopotach swego gwiazdora LeBrona Jamesa liga NBA może dużo stracić. Księgowi od Nowego Jorku po Los Angeles na pewno się nie cieszą.

LeBron James (z lewej), gwiazda Los Angeles Lakers, jest lokomotywą ligi nie tylko w USA, ale także na coraz ważniejszym rynku chińskim.

Foto: AFP

LeBron James nie gra w fazie play off NBA po raz pierwszy od 15 lat, a co za tym idzie, nie zagra też dziewiąty raz z rzędu w finałach ligi, nie powalczy o czwarty mistrzowski pierścień. Zwolennicy Michaela Jordana zyskają kolejny argument za tym, że ich idol jest najlepszym koszykarzem w historii, sprawa wydaje się jednak poważniejsza.

Amerykanie, którzy lubią historyczne ciekawostki, przypominają, że gdy po raz ostatni najlepszy koszykarz ostatnich lat odpoczywał w kwietniu, w Białym Domu zasiadał George W. Bush, a Facebook był dopiero mało znaną stroną internetową. Przez ten czas zmienił się świat, zmieniła się koszykówka.

To tylko przymiarki

Jeśli ktoś woli bardziej sportowe odniesienia, to można dodać jeszcze inne, efektowne porównanie. Po raz pierwszy od sezonu 1976/1977, kiedy połączyły się ligi NBA oraz ABA o mistrzostwo nie będzie walczył nikt z grona: Kareem Abdul-Jabbar, Michael Jordan, Shaquille O'Neal i James właśnie – czyli najwięksi z największych.

Być może fani Golden State Warriors i Stephena Curry'ego się cieszą, bo ubył jeden groźny konkurent w walce o mistrzostwo, ale specjaliści od marketingu i władze stacji telewizyjnych na pewno nie są zadowolone. Już teraz widać, że problemy Jamesa to kłopot dla całej ligi, a kompletne dane będą dostępne dopiero po zakończeniu sezonu. To będzie jak poligon doświadczalny dla marketingowców i specjalistów od reklamy, jak może wyglądać liga po odejściu Jamesa i jak to wpłynie na przychody. Na razie to tylko przymiarki, ale scenariusze warto pisać już dziś.

Przez cztery ostatnie lata King James, jeszcze w barwach Cleveland Cavaliers, mierzył się w finałach z Warriors i chociaż przegrał trzy razy, a zwyciężył jedynie raz, za to w niesamowitych okolicznościach, koncentrował na sobie uwagę, bo najlepiej sprzedają się pojedynki wielkich indywidualności i emocje. Właśnie dlatego siódmy mecz finału w 2016 roku przyciągnął przed telewizory ponad 31 milionów Amerykanów. Warriors prowadzili już 3-1, do zdobycia tytułu brakowało im jednego zwycięstwa, ale właśnie wtedy James pokazał, jak wielkim jest graczem. Rok później całą finałową batalię śledziło średnio 20,4 mln widzów, co jest wynikiem bardzo dobrym.

Dla porównania warto przypomnieć, że ostatni mecz finałów w roku 1998, gdy po swój ostatni tytuł sięgał Michael Jordan, oglądało 36 milionów widzów w Stanach Zjednoczonych. Obaj koszykarze mają wielką siłę przyciągania, zwłaszcza mniej zagorzałych kibiców, którzy siadają przed telewizorami, gdy gra toczy się o naprawdę wysoką stawkę, albo można zobaczyć w akcji prawdziwą gwiazdę. Od czasów Jordana nie było w lidze NBA gracza, który potrafiłby tak zdominować rozgrywki, budziłby takie emocje i generował takie zainteresowanie. Teraz trzeba liczyć, że kto inny napisze wspaniałą historię, ale to niejedyne kłopoty na rynku telewizyjnym. W tym sezonie w fazie play off zabraknie drużyn z Chicago oraz Nowego Jorku, czyli największych rynków telewizyjnych w USA. Zamiast tego wśród faworytów są drużyny z Milwaukee oraz Toronto, a to dużo mniej atrakcyjne kierunki.

Rynek praw telewizyjnych jest bardzo czuły na wszelkie zmiany i reaguje nawet na to, że taki gracz jak LeBron James przeniósł się z jednej strefy czasowej (leżące bliżej Atlantyku Cleveland) do położonego na zachodnim wybrzeżu Los Angeles. Oglądalność pokazywanych najwcześniej meczów w stacji TNT spadła od razu znacząco. Widać to było już po miesiącu od startu nowego sezonu. Oglądalność tego pasma wyniosła wtedy średnio 1,66 mln widzów (bez meczów z udziałem Jamesa) w porównaniu z 2,75 mln w rozgrywkach 2017/2018, gdy stacja mogła pokazać dwa spotkania, w których wystąpiła największa gwiazda NBA.

Słaby sezon LeBrona i drużyny Lakers (oraz zmiana strefy czasowej gwiazdora) spowodował, że oglądalność meczów pokazywanych przez stację ESPN była mniejsza o 6,4 proc., a na TNT spadła aż o 16 proc. w porównaniu z poprzednim sezonem.

Nic nie trwa wiecznie

Na przeciwnym biegunie znalazły się ważne spotkania, w których wziął udział King James. Debiut LeBrona w barwach Lakers w meczu przeciwko Portland Trail Blazers oglądało średnio 3,42 mln widzów. Stacja ESPN pokazała z kolei, powrót LeBrona Jamesa do Cleveland – mecz z Cavaliers śledziło 3,8 mln widzów.

James to obecnie największa i najbardziej rozpoznawalna gwiazda NBA, ale dla przychodów ligi jest ważny jeszcze z innego powodu. Wszystko, co sygnowane jest jego nazwiskiem, niemal z automatu lepiej się sprzedaje. Wystarczyło, żeby pojawiły się informacje o podpisaniu umowy z Los Angeles Lakers, a kibice natychmiast rzucili się na koszulki z nazwiskiem James. Jeden ze sklepów internetowych, współpracujących z ligą, w trzy godziny po otwarciu transakcji zanotował wzrost sprzedaży o 600 proc. w porównaniu z dniem, gdy LeBron ogłaszał swój powrót do Cleveland Cavaliers po grze w Miami Heat. Co zrozumiałe najwięcej chętnych było w Los Angeles, ale wiele koszulek trafiło też do Nowego Jorku, Oakland/San Francisco oraz... Cleveland.

Gwiazda Los Angeles Lakers jest lokomotywą ligi nie tylko w USA, ale także na coraz ważniejszym rynku chińskim. Każdego roku LeBron James jako ambasador marki Nike odbywa triumfalną podróż po Chinach i wszędzie jest witany przez tysiące kibiców. Warto jednak pamiętać, że nic nie trwa wiecznie. Przez wiele lat najpopularniejszym koszykarzem NBA w Chinach był Kobe Bryant, ale nawet on, dwa lata po zakończeniu kariery, opuścił podium rankingu sprzedaży koszulek. Jeszcze niedawno, w styczniu 2018 roku, kibice w Państwie Środka najchętniej kupowali koszulki z nazwiskiem James. Jak będzie teraz?

Najbogatsi dzielą się kasą

Można powiedzieć, że na biednego nie trafiło i niech się martwią milioner koszykarz do spółki z miliarderami – właścicielami Los Angeles Lakers. Tylko że ewentualny spadek popularności LeBrona lub zakończenie przez niego kariery, co przecież nastąpi w perspektywie kilku lat, to kłopoty dla całej NBA. Nie wszystkie kluby mają takie możliwości zarabiania jak Lakers, Knicks, Chicago Bulls czy Warriors. Te organizacje funkcjonują na największych, najbogatszych rynkach i umowy z lokalnymi sponsorami są wyższe niż choćby te zawierane przez Memphis Grizzlies, Bucks lub Minnesota Timberwolves.

Wiele klubów przynosi straty, dlatego w NBA najbogatsi dzielą się pieniędzmi z resztą stawki, żeby utrzymać wysoki poziom całej ligi, a co za tym idzie – jej atrakcyjność. Każda drużyna, która chce rywalizować w NBA, musi wydawać rocznie na kontrakty dziesiątki milionów dolarów (minimalna kwota przekroczyła już 91 mln), a do tego trzeba jeszcze doliczyć pieniądze dla sztabu szkoleniowego, pracowników biura, przeloty na mecze.

Im kto bogatszy, tym płaci więcej, dlatego najlepiej dla całej ligi, gdy drużyny na najbogatszych rynkach, mają w składach największe gwiazdy. Kiedy Curry i James będą grać w Kalifornii i wygrywać, to wszystko będzie OK. Jak wiele znaczy pod tym względem LeBron, najlepiej widać na przykładzie Cavaliers. W sezonie 2013–2014 (ostatnim przed powrotem gwiazdora z Miami Heat), drużyna z Cleveland otrzymała niemal 11 mln dolarów w ramach podziału zysków. W ciągu trzech sezonów po jego powrocie do Ohio wpłaciła do wspólnej kasy 29 mln. Dla księgowych w NBA najlepiej byłoby, gdyby LeBron James grał jeszcze długo i zwyciężał. Jeśli zacznie przegrywać, trzeba będzie wybrać nowego króla.


Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA