Kontrakty terminowe wyceniały w środę, że do końca roku NBP zdecyduje się na podwyżkę stóp procentowych. To odważne założenie, bo kilka dni temu stopy zostały obniżone i nie wykluczono dalszego łagodzenia polityki pieniężnej. Dla Rady kluczowa pozostaje, opublikowana w marcu, ścieżka dla inflacji, która jest dużo niższa, niż ta opracowana jesienią. Zgodnie z wyliczeniami tej najnowszej, w trakcie najbliższych dwóch lat, poziom centralny wskaźnika CPI znajdzie się poniżej celu inflacyjnego. Marcowe opracowanie nie uwzględnia oczywiście bieżących cen surowców energetycznych, bo te drożały już po zamknięciu procesu prognozowania na Świętokrzyskiej. W środę ropa Brent była jednak już tańsza niż w poniedziałek, bo z kolei rozpoczęły się skoordynowane rozmowy o uwolnieniu zapasów. To pozwoliłoby przeczekać napiętą sytuację na Bliskim Wschodzie. To może być właściwe podejście, bo wyraźnie rośnie presja dyplomatyczna w kierunku deeskalacji. Obniżeniu napięcia powinny też sprzyjać zaplanowane na listopad wybory połówkowe w USA. Kampanijne przyspieszenie nastąpi już w czerwcu. Za obniżeniem napięcia przemawia też fakt, że Donald Trump żyje szybkimi sukcesami, a jeszcze bardziej lubi ogłaszanie szybkiego osiągnięcia założonych celów. Ciągnące się w nieskończoność tematy go nudzą i męczą.
Wydaje się więc, że marcowa decyzja RPP o obniżce stóp procentowych była słuszna. Presja na inflację w efekcie szoku podażowego nie będzie dla Rady oznaczać automatycznie, że stopy powinny rosnąć.