Problemem nie są sami inwestorzy, gdyż w dalszym ciągu doszukiwać możemy się logicznych, uplasowanych historycznie reakcji (m.in. relacja akcje–dolar–rentowności a nośniki energii). Problemem jest napływ wypowiedzi kluczowych decydentów teoretycznie oznaczających zmianę środowiska inwestycyjnego, często następujących po sobie i prowadzących do trudności w ocenie stanu faktycznego. Trump powiedział, że „wojna jest w zasadzie skończona”, a na pytanie, że wedle sekretarza dopiero się rozpoczyna, odpowiedział, że obydwa sformułowania są poprawne. Ostatecznie rynek wrócił z dalekiej podróży (ze 117 USD do okolic 90 USD obecnie) w zakresie wyceny ropy, sprowadzając kwotowania WTI blisko odniesienia z piątku. Jak dotąd ruch ten miał miejsce bez wyczekiwanego uwolnienia rezerw przez G7. Aktualnie więc układ wskazuje, że mamy do czynienia z szokiem podażowym o relatywnie krótkim potencjale wpływu. Inwestorzy obawiali się scenariusza, w którym wyższe ceny nośników cen energii, w dłuższym czasie, oznaczać będą powrót presji inflacyjnej (wraz z efektami drugiej rundy), co z kolei stawiałoby banki centralne w niekomfortowym położeniu. Aktualnie rynki liczą na powolną deeskalację wydarzeń, odwracając nieco ostatnie ruchy globalnych rentowności czy umocnienie dolara. Rynek akcji zniósł ostatnią próbę zaskakująco stabilnie – poza Azją większość indeksów zanotowała ok. 1-2 proc. spadki, co przy skali impulsu na wykresie ropy generowało potencjał zdecydowanie większych emocji po stronie podaży.