Podstawowa zasada w handlu nieruchomościami mówi, że inwestycje w ziemię mają sens, jeśli obliczane są na kilkadziesiąt lat. Często dopiero wnuki zbierają owoce z inwestycji dziadka – mówi Tomasz Lebiedź, wykładowca SGH, licencjonowany pośrednik w obrocie nieruchomościami. Przyznaje, że zdarza się dobry zarobek na szybkiej spekulacji, ale częściej na akcjach niż na ziemi. – Przypomnijmy sobie 2006 i 2007 rok, i najazd cudzoziemców na polskie nieruchomości. Pod rozwagę weźmy choćby przykład Szwajcara. Jeśli w 2008 roku kupił on dwa pokoje w Warszawie, to zapłacił 500 tys. zł, czyli ok. 250 tys. franków. Dziś może sprzedać to mieszkanie za 350 tys. zł. Zatem we frankach straci więcej niż połowę zainwestowanego kapitału, bo dostanie ok. 100 tys. CHF. A gdyby ten przykładowy Szwajcar zamiast mieszkania kupił wtedy ziemię budowlaną, to dopiero miałby kłopot! W samych złotówkach mógłby stracić 60 proc., więc dla jego zdrowia będzie lepiej, żeby nie przeliczał tej straty na franki – mówi o efektach spekulacyjnej inwestycji Tomasz Lebiedź. Radzi, aby niedoświadczeni inwestorzy pamiętali o starym powiedzeniu: gdy już nawet taksówkarz mówi, abyś kupił akcje, natychmiast je sprzedawaj.