Na jakiej podstawie wyciągamy takie wnioski? Porównując wyceny akcji (mierzone wskaźnikami cena/zysk, P/E) z rentownością obligacji skarbowych. Takie porównanie wydaje się uzasadnione przez historię ostatnich lat.
Zacznijmy od wycen akcji. Moment największej promocji w trakcie obecnego cyklu na rodzimym rynku akcji miał miejsce na koniec 2014 r., kiedy obliczana przez nas mediana P/E dla wszystkich spółek notowanych na GPW wynosiła 11,8, co było poziomem najatrakcyjniejszym od lutego 2013 r. (uwaga – są to wskaźniki oparte na zyskach spółek za ostatnie cztery kwartały). To się jednak zaczyna szybko zmieniać. W wyniku wzrostu notowań, widocznego przede wszystkim w licznym gronie małych spółek, mediana P/E urosła na koniec lutego do 13,3. To pokazuje, że rodzime „hamburgery" nie są już sprzedawane po aż tak okazyjnych cenach jak zaledwie dwa miesiące wcześniej.
Na tym jednak nie koniec. Aby nadać analizie szerszy kontekst, nie należy zapominać, że inwestorzy funkcjonują obecnie w środowisku rekordowo niskich stóp procentowych. Rentowność polskich dziesięcioletnich obligacji skarbowych przebywa ostatnio w okolicach 2 proc. (co swoją drogą daje skromny zarobek rzędu 20 proc. przez dziesięć lat – i to przed odjęciem podatków i inflacji).
Aby umożliwić bezpośrednie porównanie wycen akcji z rentownością obligacji, musimy wykonać prosty zabieg matematyczny. Po odwróceniu wartości P/E otrzymujemy coś, co na rynkach zachodnich zwie się „earnings yield" i co można przetłumaczyć na potrzeby naszej analizy jako „rentowność akcji".
Porównywanie obu miar rentowności (atrakcyjności) wydaje się uzasadnione na GPW z historycznego punktu widzenia, przynajmniej biorąc pod uwagę okres ostatnich dziewięciu lat, za jaki dysponujemy danymi. Zauważmy, że – patrząc z dzisiejszej perspektywy – najlepsze okazje do zainwestowania w akcje wystąpiły, gdy „rentowność akcji" była wyraźnie wyższa od rentowności obligacji. Skrajnym tego przykładem był przełom lat 2008/2009, kiedy to pod wpływem globalnego strachu „rentowność akcji" była aż o 9 pkt proc. wyższa od dochodowości papierów skarbowych. Drugim niemal tak świetnym momentem do zakupów „hamburgerów" był okres od jesieni 2011 r. do połowy 2012 r., gdy strach przed rozpadem strefy euro wywindował „earnings yield" (EY) do poziomów o 5–6 pkt proc. wyższych od rentowności „skarbówek".
Z drugiej strony taka analiza pozwoliłaby zidentyfikować bańkę spekulacyjną na rynku akcji w I połowie 2007 r. – był to jedyny przypadek w badanym okresie, gdy „rentowność akcji" była wyraźnie niższa od dochodowości obligacji (nie trzeba przypominać, jakie były tego skutki rok później).