W 2025 r. rozbiłeś bank, bo twój fundusz zarobił prawie 62 proc. Jak się osiąga takie wyniki?
Zacząłbym od tego, że 2025 rok był bardzo sprzyjający dla rynku akcji jako całości. W takich warunkach zarządzanie funduszem akcyjnym jest – paradoksalnie – łatwiejsze, bo rośnie większość aktywów, a kluczowe staje się znalezienie tych spółek, które rosną szybciej niż indeks. Natomiast sam wynik nie jest efektem „rynku”, tylko selekcji. Nie kupowaliśmy szeroko rynku, tylko koncentrowaliśmy się na konkretnych segmentach i spółkach, gdzie widzieliśmy przewagi – zarówno fundamentalne, jak i wynikające z cyklu gospodarczego. Duże znaczenie miała też alokacja sektorowa, czyli odpowiedź na pytanie: gdzie warto być nadważonym, a gdzie ograniczać ekspozycję. Krótko mówiąc: korzystne otoczenie pomogło, ale bez aktywnego podejścia i selekcji nie byłoby takiego wyniku.
Taki wynik jak ten z ubiegłego roku jest do powtórzenia?
Fundusze typu long-only nie mają możliwości zarabiania na spadkach, więc ich wyniki są silnie uzależnione od kierunku rynku. A obecny rok pokazuje, że warunki są już dużo bardziej wymagające – zmienność wzrosła, a czynniki zewnętrzne odgrywają znacznie większą rolę. Największym wyzwaniem jest niepewność makroekonomiczna i geopolityczna. Mamy do czynienia z sytuacją, w której konflikt, który miał być krótkotrwały, przeciąga się i zaczyna mieć realny wpływ na gospodarki. Najbardziej widoczne jest to na rynku surowców – przede wszystkim ropy, ale również gazu i innych kluczowych komponentów dla przemysłu. Każdy kolejny tydzień napięć zwiększa ryzyko trwałego wpływu na koszty produkcji i inflację. Na dzisiaj nie zakładamy jednak recesji. Przewidujemy raczej, że gospodarki – wspierane również działaniami rządów – będą w stanie zaabsorbować szok kosztowy. Natomiast nie oznacza to, że problemu nie będzie – jego skutki zobaczymy w wynikach spółek, szczególnie w II i III kwartale. Pytanie brzmi: czy będzie to tylko spowolnienie, czy coś głębszego. Na ten moment zakładamy ten pierwszy wariant.
Wraca jednak temat inflacji i zaczęto nawet mówić o możliwych podwyżkach stóp procentowych.
Nie widzimy obecnie przestrzeni do podwyżek stóp procentowych. Bardziej prawdopodobny scenariusz to ich stabilizacja – banki centralne będą obserwować, jak długo utrzyma się presja inflacyjna i czy ma ona charakter trwały. Co ciekawe, taki scenariusz – czyli brak dalszych obniżek – jest relatywnie korzystny dla sektora bankowego. Banki w Polsce nadal generują bardzo dobre wyniki, są atrakcyjnie wyceniane i oferują solidne dywidendy. Dlatego mimo kilku lat bardzo dobrej koniunktury, sektor bankowy nadal pozostaje istotnym elementem rynku.
Tylko banki to przede wszystkim WIG20, a ten rok miał przecież należeć do średnich i małych spółek.
Polski rynek jako całość zachowuje się relatywnie dobrze na tle innych – zarówno rozwiniętych, jak i wschodzących. WIG20, mimo swojej ekspozycji na kapitał zagraniczny, również pokazuje siłę, m.in. właśnie, dzięki bankom. To oznacza, że inwestorzy zagraniczni nie wycofują się w panice – wręcz przeciwnie, dostrzegają relatywną atrakcyjność naszego rynku. W takim otoczeniu podział na „duże vs małe spółki” schodzi trochę na drugi plan, a kluczowa znów staje się selekcja.
Masz dzisiaj jakieś preferowane branże? Kilka miesięcy temu wspominałeś chociażby o przemyśle, co było dość nieoczywistym typem.
Widzimy potencjał w przemyśle – szczególnie w obszarach związanych z inwestycjami infrastrukturalnymi. Przykładowo, sektor stalowy może korzystać zarówno z inflacji, jak i z rosnącego popytu wynikającego z projektów inwestycyjnych. Z drugiej strony mamy sektor konsumencki – tu inflacja może działać selektywnie. Dla części spółek handlowych może być pozytywna, bo poprawia nominalne przychody, podczas gdy wcześniej deflacja była wyzwaniem. Jednocześnie ostrożniej podchodzimy do spółek wzrostowych, szczególnie tych wysoko wycenionych, które są bardziej wrażliwe na zmianę stóp procentowych i nastrojów.
Czyli szykujecie swoje portfele na okres większej inflacji?
Tak. Uważamy, że inflacja będzie widoczna w najbliższych miesiącach i wpłynie na wyniki spółek w horyzoncie 3–6 miesięcy. Kluczowe jest jednak to, że nie zakładamy, aby przerodziła się w coś strukturalnego, co prowadziłoby do kryzysu. To raczej krótkoterminowy czynnik, który zmienia układ sił między sektorami.
Czy w takich warunkach, jak obecnie możliwe jest odrodzenie rynku IPO, na co tak długo wszyscy czekamy w Warszawie?
Zdecydowanie tak. Widzimy rosnące zainteresowanie spółek wejściem na giełdę – zarówno w kontekście finansowania rozwoju, jak i sukcesji właścicielskiej. To bardzo zdrowy sygnał, bo podstawową funkcją rynku kapitałowego jest umożliwienie firmom pozyskiwania kapitału na rozwój. Im więcej takich transakcji, tym lepiej dla całego ekosystemu.
Jakiś czas temu postawiłeś też odważną tezę, że do końca 2027 r. indeks WIG osiągnie poziom 200 tys. pkt. Jesteśmy obecnie przy poziomie około 126 tys. punktów. Ta odważna prognoza dalej jest aktualna?
Tak, przy założeniu braku globalnego kryzysu i utrzymania napływów kapitału. Polska gospodarka nadal ma solidne fundamenty, a wyceny – w relacji do potencjału – pozostają atrakcyjne. To oczywiście scenariusz warunkowy, ale wciąż realistyczny.