Na początku kwietnia tego roku w redakcji Parkietu odbyła się dyskusja poświęcona perspektywom polskiego i globalnego rynku akcji, opublikowana (8 kwietnia) pod tytułem ?Czy nadchodzi rynek niedźwiedzia?. Pretekstem do jej zorganizowania było pojawienie się na naszym rynku bardzo interesującej książki Johna Rothchilda ?Księga bessy?. Chyba nie był to jednak powód jedyny.Sporo osób działających na rynku zadawało sobie wówczas pytanie o dalsze losy giełdowej koniunktury. Wielu spodziewało się, że koniec hossy albo właśnie nastąpił, albo jest tuż, tuż. Przypomnieć zaś trzeba, że 27 marca rynek świętował ustanowienie przez WIG rekordu wszech czasów. Choć z tym świętowaniem, to chyba lekka przesada. O ile mnie pamięć nie myli, daleko wówczas było do nastroju euforii, jeden z komentatorów zaś zauważył, że rekord został niemal... niezauważony. Rekord niby był, ale przy zmniejszonych obrotach, szanse na wzrost niby były, ale widziano zagrożenia, słowem atmosfera dość nijaka. Nie wiadomo było, kto ma rację, zresztą to wszystko jedno, bo zgodnie z tezą Rothchilda, ekonomiści, wybitni inwestorzy i cytujący ich reporterzy przewidując jakiekolwiek zjawiska związane z pieniędzmi, zawsze się mylą. Teza ta jest być może użyteczna wówczas, gdy na rynku panuje niemal jednomyślność. W tamtym okresie nie było zgodności poglądów. Pojawiały się opinie o dalszym wzroście wskaźnika koniunktury giełdowej nawet do 30 tys. punktów, jednak coraz częściej pojawiały się poglądy zupełnie przeciwne, znajdujące wyraz w tytułach artykułów: ?Totalny zwrot akcji?, ?Nasdaq musi spaść?, ?Hossy nie będzie?, ?Panika na parkiecie może trwać długo?, ?Inwestorzy na polu minowym?. Te ostatnie jednak przez większość uczestników rynku ?odrzucane były ze wstrętem?, ale zwykle tak dzieje się z kasandrycznymi przepowiedniami.Od tego czasu WIG obniżył się o 30%, Nasdaq zaś , będący wyznacznikiem koniunktury na wielu rynkach, w tym także polskim, spadł o 36%. Nieco lepiej trzymają się Dow Jones i Standard&Poors, które zniżkowały ?tylko? o około 10%. Można więc mówić, że sytuacja zmieniła się dość radykalnie. Czy jednak uzasadniona jest teza o nadejściu bessy? Oczywiście, nastroje na rynku nie są najlepsze. Daleko jednak jest od czarnowidztwa. Spora część graczy zastanawia się nad podjęciem ryzyka zakupu akcji, licząc na mocne odbicie. Wyraz ?bessa? niemal nie pojawia się w komentarzach. Jak głęboki musi być spadek, by inwestorzy przyznali zgodnie, że już nadeszła? Czy 30-proc. zniżka to jeszcze korekta? Według standardów, które opisane są w ?Księdze bessy?, jako bessę należy zakwalifikować już 20-proc. spadek kursów. Tak więc z tego punktu widzenia nie powinno być wątpliwości. Jednak bessa jest z pewnością pojęciem względnym ? wymieniane przez Rothchilda wielkie bessy charakteryzowały się spadkami rzędu 63 ? 99%, w dziewięciu przypadkach krachów zaś na amerykańskim rynku akcji w latach 1929?1970 zniżki wynosiły od 36 do 89%. Poza jednym wyjątkiem ? tym z 1929 r. ? nie przekraczały one jednak 49%.Optymiści są w mniejszości, ale trudno stan nastrojów określić mianem totalnej niewiary we wzrosty lub zniechęcenia. Choć nikt już nie mówi o poziomie 30 tys. punktów dla WIG-u, każde zaś minimalne choćby odbicie wykorzystywane jest do sprzedaży akcji, to wciąż czuje się znaczne pokłady nadziei, które powstrzymują rynek przed bardziej dramatycznymi spadkami. Można wręcz odnieść wrażenie, że spadki te są niemal kontrolowane, a w każdym razie ?dawkowane? bardzo ostrożnie. Mimo prawie 30-proc. spadku WIG w ciągu niecałych siedmiu miesięcy, dynamika tygodniowej zniżki indeksu zaledwie trzykrotnie przekroczyła poziom 4,5%. Może to właśnie brak dotkliwych, jednorazowych spadków powoduje, że świadomość występowania bessy nie jest tak powszechna. Z tego punktu widzenia byłoby być może (dla perspektyw rynku) bardziej korzystne, gdyby cały ten ?zjazd? skoncentrowany był w znacznie krótszym czasie. Skoro bowiem przyjmiemy, że warunkiem przełamania niekorzystnej tendencji jest powszechny i skrajny pesymizm, to wydaje się, że do jego pojawienia się potrzeba albo większego wstrząsu, albo jeszcze kilku tygodni powolnego obsuwania się kursów. Wówczas dojdziemy do stanu, w którym zgnębiona większość będzie się mylić i pojawią się przesłanki do wzrostu. Oczywiście, pod warunkiem, że podobne procesy i reakcje będą mieć miejsce w Stanach Zjednoczonych.Może się jednak okazać, że tym razem rację będą mieli najwięksi, choć nieliczni, pesymiści i rynki zakończą spadki np. o 50% poniżej ostatnich szczytów. Mimo iż trudno wyobrazić sobie tak dużą deprecjację indeksów, to Nasdaqowi brakuje do niej ?zaledwie? 22%, WIG-owi zaś 28%.Księga bessy została otwarta, pozostaje pytanie o to, który rozdział przerabiamy.

ROMAN PRZASNYSKI