Rynkowa konieczność, ale czy opłacalna?
Coraz więcej niemieckich koncernów decyduje się na notowania swoich akcji na najważniejszej giełdzie świata ? nowojorskiej NYSE. Czy im się to opłaca?Obecnie na Wall Street są notowane akcje 11 dużych niemieckich koncernów, w tym takich potentatów jak motoryzacyjny DaimlerChrysler, energetyczny E.On czy Deutsche Telekom (walory kolejnych siedmiu znajdują się na Nasdaq). Przed kilkoma dniami o takich planach poinformował koncern farmaceutyczny Schering. Na 12 marca przyszłego roku zaplanowany jest debiut na Wall Street walorów Siemensa. W II kwartale 2001 r. to samo chce zrobić Bayer. Podobne kroki finalizują ubezpieczeniowy gigant Allianz oraz Deutsche Bank.Zdaniem analityków, aby poważnie zaistnieć na międzynarodowym rynku kapitałowym, Niemcy muszą wchodzić na Wall Street, mimo że walka o względy inwestorów należy tam do najtrudniejszych. Potwierdzają to sami zainteresowani. ? Dla koncernu działającego w skali globalnej notowanie akcji w USA to po prostu przymus ? powiedział tygodnikowi ?Wirtschaftswoche? prezes Schering AG Giuseppe Vita.Poza tym dla wielu firm Stany Zjednoczone są jednym z najważniejszych obszarów działalności. ? SAP wypracowuje w USA ponad 40% swoich obrotów i jest logiczne, że chcemy być blisko swoich klientów i partnerów handlowych ? uzasadnia prezes tego jednego z największych producentów oprogramowania dla przedsiębiorstw, Hasso Plattner. Inni planują tam znaczny wzrost działalności (np. Schering chce zwiększyć do 2005 r. udział tego rynku w przychodach ze sprzedaży z 21% obecnie do 30%).Z kolei dla chemicznego potentata BASF debiut akcji na NYSE oznacza krok ułatwiający wejście na tamtejszy rynek akwizycji (notowania pod postacią ADR-ów umożliwiają m.in. finansowanie przejęć na drodze wymiany akcji). Z możliwości takiej skorzystał m.in. Daimler-Benz AG (pierwszy niemiecki koncern na Wall Street ? od października 1993 r.) podczas fuzji z Chryslerem, a także Deutsche Telekom przy niedawnym przejęciu amerykańskiej spółki VoiceStream Wireless. Kto nie ma takiej możliwości, najczęściej zostaje z pustymi rękami, o czym mógł się ostatnio przekonać prezes Deutsche Banku Rolf-Ernst Breuer, któremu we wrześniu br. Amerykanie z Chase Manhattan sprzątnęli sprzed nosa bank inwestycyjny J. P. Morgan.Zdobycie przychylności amerykańskich inwestorów to jednak zupełnie inna sprawa i tutaj doświadczenia już notowanych w USA koncernów nie napawają debiutantów optymizmem. Przykładem jest choćby DaimlerChrysler, który w okresie największego zainteresowania (finalizowanie fuzji jesienią 1998 r.) mógł pochwalić się 44--proc. udziałem amerykańskich akcjonariuszy, a obecnie zaledwie 21%. ? Walory te są obciążone piętnem europejskości, poza tym nie ma ich w składzie indeksu S&P 500, który dla amerykańskich graczy jest głównym punktem odniesienia ? wyjaśnia Stephen Reitman, analityk Merrill Lyncha.Wbrew nadziejom, podwójne notowanie nie poprawia także płynności. Dzienne obroty często nie przekraczają kilku tysięcy walorów, co w Niemczech byłoby nie do pomyślenia. Doświadcza tego nawet DaimlerChrysler (w skali całego 1999 r. na NYSE zmieniło właściciela zaledwie 196 mln jego akcji, gdy na parkiecie we Frankfurcie 872 mln). Przyczyny? ? Utrwalona od lat wśród managerów funduszy jest zasada, żeby kupować walory do swoich portfeli na lokalnych rynkach ? tłumaczy Anthony Smithie, szef ds. rynku akcji w nowojorskim oddziale Commerzbanku. Wyjątkami są natomiast Deutsche Telekom i SAP. Ten pierwszy po przejęciu VoiceStream w lipcu br. notował dzienny obrót na poziomie 2,5 mln akcji, a ADR-y SAP na fali zainteresowania walorami firm high-tech w ub. roku były jednymi z najchętniej handlowanych na NYSE. nNa podst. ?Wirtschaftswoche? oprac.
W.K.