Spadek wpływów do funduszy akcyjnych w Unii Europejskiej
Zaczęło się we Włoszech i Hiszpanii. Później przyszła kolej na Szwecjęi Wielką Brytanię. W tych krajach detaliczni inwestorzy stracili wiaręw kupowanie akcji do tego stopnia, że więcej pieniędzy opuszcza tamtejsze fundusze akcyjne, niż do nich wpływa.
Dla całej Unii Europejskiej napływ netto jest jeszcze dodatni, ale już tylko troszkę. W lutym, ostatnim miesiącu, z którego opublikowano pełne dane, wyniósł zaledwie 300 mln euro, według obliczeń Schroder Salomon Smith Barney. Credit Suisse First Boston obliczał dane w nieco inny sposób i wyszło mu, że do europejskich funduszy wpłynęło netto ?mniej niż 2,4 mld euro?. Różnica jest wprawdzie znaczna, ale i tak szacunki CSFB są zaledwie ułamkiem 28 mld euro, które zasiliły fundusze w rekordowym pod tym względem lutym 2000 r.Z obu tych wyliczeń wynika też, że lutowy wynik był najgorszy od 1996 r., a pierwsze dane wskazują, że marzec będzie jeszcze gorszy. Podobnie jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie wg firmy analitycznej Trim Tabs w marcu odnotowano odpływ netto, po raz pierwszy od września 1998 r.Taka sytuacja jest oczywiście tylko jednym z elementów szerszej panoramy złych nastrojów na rynku i spadających kursów akcji. Niektórzy komentatorzy uważają jednak, że w tych danych pojawia się wreszcie iskierka nadziei, bo mogą one świadczyć, że rynek sięgnął już dna.Obiegowa mądrość głosi, że słabo doświadczeni inwestorzy detaliczni są tak opóźnieni, że w czasie, gdy zaczynają sprzedawać, rynek najgorsze ma już za sobą i kursy akcji znowu zaczynają rosnąć. Do jakiego stopnia taka opinia jest prawdziwa?Niall MacLeod z SSSB powiedział gazecie ?Financial Times?: ?Detaliczni inwestorzy mają ten niefortunny zwyczaj wychodzenia z pozycji lub przynajmniej zwalniania tempa inwestowania w kilka miesięcy po tym, gdy spadek już się dokonał. Dość często zbiega się to z dnem rynku?.Anna Mackman, strateg europejskich akcji w CSFB, uważa, że napływ środków do funduszy ?wskazuje na dno?. Zwraca jednak uwagę na sześciotygodniową zwłokę w dostarczaniu danych, co sprawia, że teraz analizowane są liczby z lutego. ?A to nie jest najlepszy wskaźnik na przyszłość?.Analitycy z HSBC w raporcie na temat trzech poprzednich okresów dekoniunktury (1987, 1990 i 1998) odkryli, że rynek osiągał dno w miesiąc po największym odpływie środków z funduszy powierniczych. Przynajmniej tak było w Stanach Zjednoczonych. Ben Webb z HSBC uważa, że napływ do funduszy daje jedynie ograniczoną wiedzę o rynku, i że ?przede wszystkim jest to barometr nastrojów?.Michael O?Sullivan z Commerzbanku nie kwestionuje wprawdzie pewnej korelacji między napływem do funduszy a rynkowym dnem, ale nie zgadza się z traktowaniem gospodarstw domowych jak ?rynkowych głupków?. Powołuje się przy tym na amerykańskie doświadczenia, gdzie inwestowanie w akcje ma dłuższe tradycje i jest lepiej rozumiane, i przytacza dowody, że detaliczni inwestorzy zachowują się bardziej racjonalnie niż zwykło się sądzić. Przypomina rok 1998 i zwraca uwagę, że w czasie kryzysu funduszu hedgingowego LTCM nie zaobserwowano żadnej wyprzedaży ze strony funduszy powierniczych. ?Najwięcej sprzedawali wtedy inwestorzy instytucjonalni? ? powiedział O?Sullivan gazecie ?Financial Times?.Jeśli Europejczycy sprzedają akcje, to co robią z pieniędzmi? Czy lokują je w obligacje lub w fundusze rynku pieniężnego? ? pyta autor opracowania w FT Alex Skorecki. Jeśli tak, to mógłby to być obiecujący sygnał do wzrostu kursów. Znaczyłoby to bowiem, że zachowują się jak inwestorzy instytucjonalni, o których powszechnie wiadomo, że siedzą na gotówce, gotowi wrócić do akcji, gdy tylko rynek znowu zacznie rosnąć. Mogliby przecież wycofać pieniądze i kupować meble czy samochody.Z napływu do funduszy obligacyjnych wynika, że wielu jednak zostało na rynku. We Włoszech około połowy pieniędzy przeszło z funduszy akcyjnych do obligacyjnych.
J.B., ?Financial Times?