Chińczyki mają rozum, choć daleko siedzą. I bajki wiedzą.Ignacy Krasicki

W artykule wydrukowanym przez PARKIET 31 marca br. wezwałem do zbiorowego zaklinania Węża,chińskiego patrona roku, celem wzmocnienia siły sprawczej optymistycznych prognoz wynikającychz elliottowskiej interpretacji przebiegu indeksów GPW. Efekt był piorunujący.

Nazajutrz, w primaaprilisową niedzielę, Wąż we wcieleniu chińskich myśliwców sprowokował incydent powietrzny nad Morzem Południowochińskim, doprowadzając do awaryjnego lądowania, a w następstwie do aresztowania wraz z załogą amerykańskiego zwiadowczego Ariesa (to, nomen omen, łacińskie imię konstelacji Barana) na malowniczej wyspie Hainan. Wynikła stąd seria obustronnych pogróżek zbiegła się w czasie z następną porcją ostrzeżeń z amerykańskich spółek, co w rezultacie przełożyło się na kolejną spektakularną (zwłaszcza we wtorek, 3 kwietnia) falę paniki na światowych giełdach. Czwartkowe odbicie było jednak równie imponujące. Wszystko to odbywało się przy wyraźnie wzmożonej w tych dniach aktywności słonecznej.Ten splot wydarzeń wielu usatysfakcjonował, w tym chyba również podażową stronę opisanej wyprzedaży, którą degradujące się od dłuższego czasu akcje wyraźnie już poparzyły w ręce. Takie strząśnięcia bywają przydatne dla chwilowego choćby powstrzymania niekorzystnych tendencji.Trochę astronomii bliskiej i psychologii społecznejIstotny był fakt, że i tym razem nasza giełda ? biorąc przykład z tokijskiej ? wykazała wysoką odporność oraz że nie całkiem ?skorumpowane? nową technologią indeksy (m.in. DJIA, FT-SE, CAC, DAX) utworzyły dołki na poziomach wyższych od osiągniętego w wyniku wcześniejszych wydarzeń wiosennego zrównania, które określiłem poprzednio mianem ?paniki Barana?. Ciekawe, że ominęła ona nowe technologicznie rynki. Widocznie amatorzy innowacji dostrzegli, iż była to jedynie zenitalna karykatura Barana. Prym wśród nich pewnie wiodą ?wodnikowcy? z New Age, którzy ? rozumiejąc ekliptykę lepiej niż profesjonalni wróże ? bardziej respektują ezoterykę orientalną (zwłaszcza za sterami Su-25) niż zdezaktualizowany już całkiem Zodiak ptolomejski. Wskutek ziemskiej precesji, symbolika zodiakalna dawno już zatraciła powiązanie ze swymi nominalnymi konstelacjami.Tak czy owak, wydaje się, że swą rolę w tych wydarzeniach (a przynajmniej w ich percepcji) odegrał również tegoroczny pierwszy nów wiosenny, znalazłszy się w powiązaniu ze znamiennym nowiem z 24 na 25 sierpnia 1987 r., który przypadł na maksimum amerykańskich indeksów w tym roku pamiętnego krachu. Daty te rozdziela okres 163 miesięcy, układając się w ?srebrną? proporcję (1/1,325) z 18-letnim cyklem saros i stąd dokładnie harmonizując z okrągłymi wartościami 168 miesięcy synodycznych (lunacji) i 180 anomalistycznych. Gwoli przypomnienia: miesiąc synodyczny (29,53 d) to obserwowany odstęp między identycznymi fazami (ok. 53 godzin dłuższy od syderycznego okresu obiegu), zaś anomalistyczny (27,55 d) to okres między kolejnymi przejściami przez perygeum. Saros natomiast (6585 d) to cykl pełnej koordynacji orbitalnej, po upływie którego Księżyc, Ziemia i Słońce wracają do tych samych niemalże położeń względem siebie. Przytoczona harmonia oznacza jedynie, iż koordynacje są obecnie zbliżone do tych z lata 1987 r., wykazując przy tym odwróconą symetrię. Czy ktoś temu przypisze jakieś inne znaczenie, to już raczej sprawa osobista. Warto jednakże nadmienić, że np. nasz szczyt z 19 grudnia ub.r. również przypadł dokładnie w 168 lunacji (13 lat i 7 miesięcy) od trzeciokwadrowego minimum na NYSE 20 maja 1987 r., od którego rozpoczęła się euforyczna faza ówczesnej hossy.Co równie ciekawe, kolejny 169. nów wkomponowuje się idealnie w carolanowską ?złotą? spiralę, określaną nowiami 24.08.1987, 3.09.1929 i 22.10.1835 (rozstępy, odpowiednio, 717 i 1161 lunacji), które wyznaczyły szczyty koniunktury, w każdym z tych trzech przypadków, na osiem tygodni przed najsłynniejszymi krachami ostatnich dwóch wieków (R. Sobel, Panic on Wall Street, Dut 1988 oraz Ch.P. Kindleberger, Manias, Panics and Crashes, Basic Books, NY 1989). Powstaje więc kwestia, czy ta różnica o jedną lunację to skutek wrodzonej nieokreśloności carolanowskich oznaczeń (?1), czy też mieliśmy do czynienia z dwoma niezależnymi, następującymi po sobie, istotnymi zwrotami. W tym drugim przypadku kwietniowe wzrosty stanowiłyby jedynie wyraźną, lecz krótką korektę (?rajd zajączka?, jak to ktoś zabawnie określił w świątecznym Parkiecie) ustabilizowanego już trendu spadkowego. Ten 169. nów przypadł ?na święty Jerzy? (23 kwietnia), więc sytuacja chyba właśnie się wyjaśnia. Na razie wydaje się, że skończyły go już ?świętować? rynki Ameryki Łacińskiej, czego nie można powiedzieć np. o inwestorach czeskich, znanych zresztą skądinąd ze swej historycznej estymy do św. Jirziego. Zignorował go natomiast tokijski Nikkei demonstrując, iż dalekowschodni inwestorzy mniej wagi przykładają do minorowych opinii światowych ekspertów na temat perspektyw japońskiej gospodarki niż do ostatniej pełni tegorocznej zimy (9 marca), która się tam objawiła finalnym strząśnięciem, podobnie zresztą jak i na naszych rynkach (głównie terminowym). Amerykańskie indeksy również nie wykazały należytego respektu, nieśmiało w ostatnich dniach atakując górne ograniczenia spadkowych kanałów. Być może czekają z decyzją na poniedziałkową pełnię (7 maja), którą od pełni równonocy wiosennej 25.03.1929 r. dzielą dokładnie cztery cykle saros. To z kolei oznacza, iż tegoroczny układ orbitalny zharmonizowany jest antysymetrycznie także z tym ze znamiennego roku 1929, przez co entuzjaści tzw. kalendarza spiralnego (Christopher Carolan, Kalendarz spiralny, WIG-Press, Warszawa 1996) do końca roku przeżywać będą dreszcze.W tym okresie ?zajączkowej? nadziei przytrafiło się nam dziesięciolecie notowań WGPW, a na świecie antyglobalizacyjne awantury w Quebecu. Każdy niech teraz już sam sobie dopowie, czy to afirmuje, czy też deprecjonuje, całą tę carolanowską retorykę seleniczną. Z jednej strony przytoczone tu liczby (169, 717 i 1161) to naturalne zakrąglenia pierwiastków z liczb Fibonacciego, przez co stanowią one w odniesieniu do miesięcy lunarnych jednostki kalendarza spiralnego. Z drugiej zaś należy podkreślić, że metodykę ?spiralną? uzasadnić można również bez odwoływania się do zjawisk orbitalnych, wykorzystując w zamian ? przy założeniu logarytmicznej percepcji czasu ? pryncypia logiki trójstanowej i dynamiki chaotycznej. Uzyskane w ten sposób skalowanie zdarzeń w dowolnym układzie chaotycznym (np. w rozentuzjazmowanym tłumie, czy w transferującym międzypokoleniowo informacje społeczeństwie) jest analogiczne do charakterystycznego dla adresowanego wyżej trójciałowego układu grawitacyjnego, co wcale nie musi implikować bezpośredniego związku przyczynowo-skutkowego. Tyle że argumentując w taki sposób mój błyskotliwy imiennik nie zdołałby chyba sprzedać wielomilionowych nakładów napisanego i wydanego przez siebie ogólnoświatowego bestsellera.Trzeba jednak przyznać, że nie ma nic zdrożnego (ani magicznego) w hipotezie, iż stopień koordynacji lunarno-solarnej i związanej z nią synchronizacji różnych kalendarzy może mieć wpływ na międzykulturowe relacje, jakich jest pełen zglobalizowany rynek. Pierwszy z brzegu przykład to fakt, że w tym roku Wielkanoc obchodzona była równocześnie przez wschodnie i zachodnie obrządki chrześcijańskie, mimo zdesynchronizowanych o 11 dni kalendarzy liturgicznych. W tym kontekście chciałbym również zwrócić uwagę, że pełnię 7 maja 2001 r. dzieli 991 lunacji, a ostatnią pełnię tegorocznego lata (2 września) ? 987 lunacji (obie to liczby ?spiralne?), od znamiennej pełni przesilenia letniego, 21 czerwca 2081 r., stanowiącej ognisko całej tej ? zauważonej przez Carolana ? niesamowitej spirali.Wszystkie przytoczone wyżej powiązania czasowe są łatwymi do sprawdzenia faktami, historycznymi lub fizykalnymi, czego nie zmieni żaden zdroworozsądkowy sceptycyzm, który ? mimo wszystko ? staram się tu zachować. Dodam jeszcze, że podstawową zasadą każdej metrologii jest wykorzystywanie nie powiązanych przyczynowo zjawisk do wzajemnego skalowania.Cztery uderzeniabessyW taki to zaskakujący dla niektórych sposób odmienił się techniczny obraz sytuacji na światowych rynkach. Cóż zresztą mogło innego się zdarzyć wobec rysujących się już od pewnego czasu pozytywnych dywergencji na oscylatorach większości indeksów, co m.in. widać na załączonych wykresach. Tendencja zwyżkowa dość jednoznacznie uformowała się także na naszych szerokich indeksach (WIG, MIDWIG, indeks cenowy), dla których nawrót nastąpił ? analogicznie do Nikkei ? już 14 marca.Cztery spektakularne uderzenia bessy (?japońskie?, ?baranie?, ?techno-chińskie? i ?argentyńskie? ? patrz załączone wykresy) znacznie już chyba nadwerężyły jej impet i wyczerpały amunicję. Inicjatywę dość zdecydowanie przejęły byki. Można tak wnosić także ze zgodnego ostatnio chóru analityków, również tych urodzonych pod znakiem Wielkiej Niedźwiedzicy, którzy ? nie bacząc na fakt, że ta się bojaźliwie trzyma od ekliptyki z dala ? odtrąbili co najmniej wzrostową korektę, zachowując przy tym należytą ostrożność i podkreślając brak uzasadnień fundamentalnych. Najgłośniej słychać chyba te tenory, które nie tak dawno jeszcze straszyły nas długoterminowo ?czarnym marubuzu?. Taka zgodność opinii bardziej mnie teraz nawet niepokoi niż wzmiankowany wyżej nów ?świętojerski? czy równie zagadkowy poczwórny saros.Nie oznacza to wcale bym się nie zgadzał z generalną nutą tych komentarzy, tym bardziej że podchwytuje ona jakby ton mojej marcowej analizy. Pięciomiesięczna formacja utworzona przed 14 marca przez MIDWIG, miarę naszych oczekiwań co do koniunktury w tradycyjnej gospodarce, ma akumulacyjny charakter platformy A?B (?kopułki?), a przy dobrych chęciach można się w niej nawet dopatrzyć struktury 5?3. Dodam jeszcze, że fundamenty z niskiego poziomu (np. z sutereny lub bessy) nigdy nie wyglądają zbyt atrakcyjnie. A przecież już od pewnego czasu zaznaczają się dość korzystne tendencje w bilansie płatniczym, w eksporcie i w tłumieniu inflacji.Od ?świętojerskiego? nowiu rozpoczął się także chiński ?półmiesiąc? Gu Yu, co w tłumaczeniu oznacza ?deszcze na zboża?. Bardzo to trafna obecnie alegoria. Majowych decyzji EBC i RPP o ewentualnych obniżkach stóp oczekujemy właśnie jak ?deszczu na zboże?. Bezsensowna obecnie dysproporcja między siłą złotego, spadającą rentownością bonów i ustabilizowaną inflacją z jednej, a kosztem kredytu z drugiej strony, mierzi już u nas każdego (w tym polityków wszystkich opcji), z wyjątkiem zagranicznych funduszy inwestujących ? przy małym ryzyku ? w polskie papiery skarbowe. Spodziewam się po najbliższym posiedzeniu RPP obniżki o kolejne 100 punktów bazowych, która ? zostawiając jeszcze sporo miejsca na dalsze interwencje ? wpisałaby się już jako trzecia w konsekwentną serię. Dotychczas dopiero takie serie ? jak to kiedyś opisał na łamach Parkietu J. Sierka, a ja tu demonstruję na logarytmicznym wykresie WIG za pomocą skierowanych w dół strzałek ? ożywiały przygasającą koniunkturę, nie tylko zresztą u nas i nie tylko giełdową.A są techniczne powody, by właśnie teraz ożywiać. Linia A/D (wskaźnik szerokości rynku) wciąż nie bardzo potrafi wygenerować jednoznaczny sygnał zachęcający do długoterminowego kupna, WIG zaś ma kłopoty z powrotem ponad przełamaną w lutym linię ?trendu eksponencjalnego? i czteroletnią średnią wykładniczą, których obecne wskazania pokrywają się z grubsza z linią szyi wciąż jeszcze groźnej formacji RGR. Cudzysłowu użyłem dla podkreślenia, że pokazana na logarytmicznym wykresie linia nie ma znaczenia trendu inercyjnego, który w zastosowanej skali przyjąłby kształt funkcji logarytmicznej i w istocie nie został jeszcze przez WIG naruszony, co dobrze widać na załączonym również wykresie w skali liniowej i w czasie rzeczywistym. Liczę, iż uwagę tę odnotują ci analitycy, którzy z upodobaniem ? lecz bez zrozumienia ? stosują tzw. dialektykę skali.Z drugiej jednak strony, należy pamiętać, że ?majowe deszczyki? nie mają zbyt dobrej konotacji w pamięci uczestników rynku (nie tylko zresztą u nas). Ale kto wie, czy tym razem w odmianie psychologicznego nastawienia naszych zdegustowanych obecnie inwestorów nie odegrałyby pozytywnej roli opisane wyżej ?antysymetrie orbitalne??DziesięcioletnieoznaczeniaNie czując powołania do występów w chórze, pozwolę sobie w dalszych rozważaniach skupić się na ulubionej przeze mnie analizie elliottowskiej, proponując tym razem zgoła inne niż w poprzednich artykułach podejście do ponaddziesięcioletniej już historii WGPW. Można to potraktować jako moją kontrybucję do obchodów jubileuszowych.Za przedmiot analizy przyjmuję tym razem dwa szerokie indeksy warszawskiej giełdy: ważony kapitalizacją WIG oraz cenowy indeks Parkietu. Pierwszy jest powszechnie rozpoznawany i ?umocowany? historycznie, co zapewnia pożądane psychosocjologiczne sprzężenia zwrotne, drugi zaś ? moim zdaniem ? bardziej koresponduje z psychiką i portfelem indywidualnego inwestora. Na wykresie przedstawiłem ich ponaddziesięcioletnie już przebiegi względem czasu rzeczywistego (tzn. z uwzględnieniem dni bezsesyjnych), co, niestety, nie najlepiej wpływa na estetykę wykresów. Powszechnie u nas stosowana forma prezentacji względem czasu operacyjnego (tzn. skalowanego odbytymi sesjami), nieco w zamian zafałszowuje nachylenie linii trendowych. Oczywiście, odkąd wprowadzono codzienne notowania, problem staje się stopniowo coraz mniej istotny.Rezygnując tym razem z wprowadzonej w poprzednich analizach (Parkiet, 22 lutego i 31 marca br.) koncepcji zmiany supercykli na przełomie lat 1994/95, prowadzę oznaczenia od samego początku. We wstępnej fazie, ze względu na małą początkowo liczbę notowanych walorów, oznaczenia dla obu indeksów pokrywają się. Przy takim spojrzeniu, cały ponadsiedmioletni już okres notowań po pamiętnym marcu 1994 r. należałoby uznać jako ?odchorowywanie? paranoicznej (choć skądinąd przyjemnej) Euforii Roku Trzeciego. Liczę, że jej pozostali uczestnicy nie wezmą mi za złe tej odrobiny nostalgicznego patosu.Z przedstawionych na wykresie oznaczeń bardziej przekonywająco ? moim zdaniem ? wyglądają te związane z indeksem cenowym (kursywa). Siedem lat ?rekonwalescencji? utworzyło na indeksie cenowym niemalże klasyczny elliottowski trójkąt korygujący. Oznaczenie to jest nad wyraz optymistyczne ? zakończona 14 marca br. fala E finalizuje bowiem całą tę gigantyczną korektę, falę II. Dopóki więc broni się ośmioletnia linia trendu indeksu cenowego (dolny bok trójkąta), możemy zakładać, iż znajdujemy się już w sdługoterminowej hossie, fali III.Mniej optymistycznie natomiast oceniam sytuację w odniesieniu do WIG-u. Wobec pięcioletniej rozciągłości fali B, niezbyt wiarygodnie brzmi przypuszczenie, by finalizująca w tym przypadku bessę fala C mogła się po niespełna roku zakończyć, mimo że fala A (wielki krach) też trwała tylko około roku. Ale w odniesieniu do WIG-u całe to oznaczenie wygląda niezbyt sugestywnie. W przypadku indeksów ważonych kapitalizacją (WIG, WIG20) zastosowany poprzednio koncept rozpoczętego wiosną 1995 r. Supercyklu Świni (nie mylić z cyklem świńskim!) znajduję jako szczególnie przydatny. Przypomnę, że z tamtych oznaczeń zdołałem wydedukować (alternatywnie) także i optymistyczną średnioterminową prognozę, której wiarygodność oszacowałem na 60%, również dla indeksów ważonych kapitalizacją.Z przedstawionych wyżej oznaczeń znowu wynikają odmienne prognozy, tym razem w zależności od przedmiotowego indeksu. Rodzi się więc pytanie, jak skonstruować indeks, by dobrze korespondował z rządzącymi koniunkturą nastrojami uczestników rynku, no i jak potem sprawdzać, czy spełnia on założenia. Sądzę, że istnieje zapotrzebowanie na ?lekko-ważony? obrotem indeks o dużej szerokości, skonstruowany i przetestowany pod kątem psychiki inwestora indywidualnego. Taki rodzimy S&P500 (no, może na razie niecałe 500). Indeks taki musiałby być potem dobrze rozpropagowany (np. przez Parkiet), tak by mu zapewnić wzmiankowane sprzężenie zwrotne ze zbiorowym nastrojem. Może opracowanie koncepcji takiego indeksu byłoby sensownym zadaniem dla Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych?Winien jestem w tym miejscu Czytelnikom pewne wyjaśnienie. Swymi wywodami, zwłaszcza z poprzednich artykułów, mogłem sprawić wrażenie, że metodykę elliottowską traktuję jako jeden z aspektów orientalnej ezoteryki. Nie ujmując nic tej ostatniej, oświadczam na wszelki wypadek, że R.N. Elliott nie był ani astro-, ani sinologiem, lecz jedynie genialnym (choć może lekko nawiedzonym) księgowym, który swoimi koncepcjami nt. schematów zachowań zbiorowych wyprzedził o kilkadziesiąt lat dzisiejsze dokonania dynamiki chaotycznej, statystyki fraktalnej i logiki rozmytej (patrz np. Ilya Prigogine, ?Kres pewności ? czas, chaos i nowe prawa natury?, WAB/CIS, Warszawa 2000). Koncepcje te sprawdzają się w znacznie szerszym spectrum zagadnień niż ich autor, z racji swego zawodu i okresu życia, mógł nawet przypuszczać.

Krzysztof MorstinZakład Problemów Energetyki WFiTJ AGH