Historia się powtarza. Europejczycy znów szturmują Amerykę. Tak jak w XIX stuleciu, kiedy gotówka płynąca ze Starego Kontynentu, głównie z kieszeni Brytyjczyków i Holendrów, została wykorzystana m.in. na budowę linii kolejowych.Bez Europy nie byłoby rewolucji przemysłowej. Przynajmniej w takiej skali. W efekcie, podobnie jak przed I wojną światową, Stany Zjednoczone znowu są dłużnikiem.W ubiegłym roku aż 80% bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Stanach Zjednoczonych pochodziło z Europy Zachodniej. Według raportu Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w I kwartale minionego roku w rękach zagranicy pozostawało 35% amerykańskich papierów skarbowych, 20% obligacji korporacyjnych i 7% akcji. W roku ubiegłym Europejczycy przejęli 453 spółki północnoamerykańskie. Brytyjskie firmy wydały na ten cel 96 mld USD, zaś francuskie 43 mld.Każda szanująca się korporacja, mająca globalne ambicje i odpowiednią kasę, próbuje ustrzelić na tamtejszym rynku tłustą zdobycz. Nie wszystkim się to udaje, o czym świadczy chybiona próba przejęcia Lucent Technologies przez francuskiego Alcatela. Serge Tchuruk, szef tej ostatniej firmy, miał zdobycz na wyciągnięcie dłoni, ale w ostatniej chwili mu ją przytrzaśnięto, bo nagle ujawniły się ambicje do odegrania kluczowej roli w połączonej firmie przez lidera Lucenta, Henry?ego Schafta.Rynek amerykański ma kilka zalet. Jest duży i jednolity. Kiedyś taki będzie Euroland. Pozostanie interesujący dla europejskich korporacji, dopóki zakupy za oceanem będą przynosić wyższą stopę zwrotu niż procesy restrukturyzacyjne i konsolidacyjne w domu. Zwrócił na to uwagę cytowany przez ?Business Week? Eric Chaney z Morgan Stanley Dean Witter.Największym chyba problemem w relacjach transatlantyckich są różnice kulturowe, w wielu przypadkach decydujące o powodzeniu fuzji i przejęć. Pouczającym przykładem jest w tym względzie mariaż Daimlera z Chryslerem, kiedy to m.in. szeroko rozumiane trudności komunikacyjne zmusiły Jürgena Schremppa, bossa niemieckiej firmy, do zainstalowania swoich ludzi w Detroit. Miejscowi podobno nie dawali rady.Są też inne powody niepowodzeń. Jednym z nich jest nazbyt wyidealizowany obraz amerykańskiego rynku kapitałowego. Szefom europejskich potentatów wydaje się, że wiedzą wszystko o jego mechanizmach, a zwłaszcza o interesujących ich spółkach. Zwrócił na to uwagę Peter Martin, publicysta ?Financial Timesa?.Jeśli prawdziwy jest argument, iż po części o ekspansji Europejczyków decyduje jednolity charakter rynku amerykańskiego, stanowiący o przewadze nad wciąż ? mimo wszystko ? poszatkowaną Europą, to sytuacja może się zmienić po zakończeniu procesu wdrażania wspólnej waluty na obszarze Eurolandu. Wprawdzie euro nie ma wystarczającego politycznego poparcia na Wyspach, ale Brytyjczycy są bardziej zaawansowani pod tym względem niż by sobie tego życzyli.?Uwaga brytyjscy wyborcy: już macie euro? ? powiadomił ich James Amott, komentator agencji Bloomberga. Z jednej strony zwycięstwo Partii Pracy przybliża formalny akces do strefy euro, z drugiej zaś ? inwestorzy na rynkach walutowych traktują funta szterlinga jakby już w niej był. Dwa lata temu jego korelacja z euro wynosiła 58%, a obecnie już 92%. Jego kurs do dolara zmienia się wraz z ruchami euro i stąd odnotowany wczoraj 16-letni dołek. Kiedy ten tandem zacznie się umacniać, być może zmieni się też kierunek przepływu kapitału.

Wojciech Zieliński