To, co dzieje się wokół przyszłorocznego budżetu, doprowadziło rynek do żałosnego (delikatnie ujmując) stanu. Tydzień temu odnosiłem wrażenie, że to, o czym się mówi, to już ?kres licytacji?. Słodka naiwności ? przyznaję, tym razem nie doceniłem polityków. Obecne zachowanie rządu unicestwia resztki zaufania rynków finansowych względem jego poczynań. Z jednej strony mamy grono ministrów, którzy z dziecinną naiwnością liczą, że przetrzymanie kilku tygodni dzielących nas od wyborów zwolni ich z politycznej odpowiedzialności za bezczynność. Z drugiej mamy Ministerstwo Finansów, próbujące przy okazji zastraszania społeczeństwa nazbyt chyba pesymistycznymi rachunkami braków w budżecie dokonać kilku mniej lub bardziej przemyślanych reform finansów publicznych. Obawiać się jednak należy, że z mieszanki tej nie zrodzi się publiczne wyznanie faktu, że naszego biednego państwa nie stać na przeznaczanie tak ogromnej jak dotąd części PKB na ogólnie pojmowane świadczenia socjalne. To, co nam grozi, to nieprzemyślane podnoszenie podatków, bez względu na to, czy w ogólnym rachunku będą zwiększać czy zmniejszać wpływy do budżetu. Choćby pomysł zniesienia wspólnego opodatkowania, przy absurdalnie niskich progach podatkowych. Dotknęłoby to miliony obywateli, drastycznie tnąc dochody ich rodzin i generowany przez nie popyt. Podobnie skutki podatku importowego mogą odbiegać od oczekiwań MF. Niestety, szanse na odwagę w rozwiązywaniu problemów budżetu przed wyborami są w zasadzie zerowe. Tych kilka zmarnowanych tygodni może mieć jednak opłakane skutki, psując na długo postrzeganie naszego rynku i nie tylko GPW znajdzie się w gronie ofiar tej sytuacji.