Globalni inwestorzy zachowują spokój

W Międzynarodowym Funduszu Walutowym trwają wciąż prace nad przygotowaniem odpowiedzi na prośbę Argentyny o 6?9 mld USD dodatkowych środków na uzupełnienie jej rezerw dewizowych i wspomożenie sektora bankowego.Przedstawiciele Argentyny przez cały tydzień negocjowali w MFW i amerykańskim departamencie skarbu przyznanie dalszej pomocy na ratowanie ich gospodarki. W wielu bankach inwestycyjnych panuje przekonanie, że MFW zgodzi się na udzielenie nowych kredytów rzędu 6 mld USD, ale wartość całego pakietu może być nawet dwa razy większa.Miejscowe media informowały już o szczegółach pakietu pomocowego opiewającego na 15 mld USD, włączając w to środki z Banku Światowego, Międzyamerykańskiego Banku Rozwoju i z kilku państw europejskich. Przedstawiciel MFW określił jednak te doniesienia jako ?nonsensowne? twierdząc, że żadna międzynarodowa instytucja nie podjęła jeszcze żadnej decyzji w sprawie ewentualnego udziału w pakiecie ratunkowym dla Argentyny.Tymczasem ciągnący się tam od wielu miesięcy kryzys gospodarczy doszedł ostatnio do punktu wrzenia, gdy Argentyńczycy zaczęli wycofywać oszczędności z banków. Od końca czerwca wartość depozytów spadła o ok. 10%. W minionym tygodniu jednak zarówno depozyty, jak i rezerwy dewizowe nieco wzrosły w oczekiwaniu na nową pomoc międzynarodową.Pomoc ta wcale nie jest taka pewna. Były zastępca dyrektora departamentu analiz MFW Morris Goldstein zwrócił uwagę na łamach ?Financial Times?, że jeśli fundusz nie obwaruje nowych pożyczek twardymi warunkami, to trudno będzie dostrzec jakiekolwiek zmiany w jego polityce kredytowej. Podkreśla on, że recesja w Argentynie trwa już trzeci rok. Jej przyczyny to olbrzymie zadłużenie, sięgające 450% eksportu, i zawyżony kurs tamtejszej waluty. Mimo że symptomy są od dawna znane, nie zdołano stworzyć żadnych skutecznych instrumentów do rozwiązania tych problemów.Uparte podtrzymywanie kursu waluty oznacza, że Argentyna ani nie może złagodzić polityki monetarnej, ani zdewaluować waluty. A tamtejsza gospodarka jest zbyt mało elastyczna, by przywrócić jej konkurencyjność jedynie poprzez obniżenie krajowych kosztów i cen.Jedyną pociechą w tym wszystkim jest wyjątkowo spokojna reakcja międzynarodowych inwestorów na argentyński kryzys. Gdy przed trzema laty ? 17 sierpnia 1998 r. ? Rosja ogłosiła niewypłacalność z tytułu krajowych obligacji i zdewaluowała rubla, wszystkie emerging markets ogarnęła panika. Teraz reakcja na kryzys w Argentynie, rosnące stopy procentowe i spadający kurs waluty w Turcji czy wreszcie na globalne spowolnienie gospodarcze, jest dość łagodna.Wprawdzie oprocentowanie obligacji z emerging markets wzrosło, ale jego zmienność, będąca miarą ryzyka, jest stosunkowo niewielka w porównaniu z tym, co działo się na rynku po kryzysach rosyjskim i meksykańskim z 1995 r. Według Joyce Chang z J.P. Morgan, zmienność ta sięga teraz jednej czwartej poziomu z rosyjskiego kryzysu.Główną przyczyną tej mniejszej zmienności i braku paniki jest zmiana bazy inwestorów. Przed trzema laty rynek obligacji z emerging markets był zdominowany przez wysoko lewarowane fundusze hedgingowe. Teraz główną rolę odgrywają na nim fundusze emerytalne i towarzystwa ubezpieczeniowe, które mają długoterminową perspektywę inwestycyjną. A przy takim założeniu zwroty z ostatniej dekady są doskonałe.W minionych 10 latach do 31 lipca zwrot z inwestycji w obligacje emerging markets wyniósł 23,8%, podczas gdy indeks Standard & Poor?s 500 wzrósł o 21,23%.

J.B., ?Financial Times?