Jeszcze kilka, kilkanaście miesięcy temu kontrowersyjna problematyka giełdowych spółdzielni i rzeczywiste bądź domniemane efekty ich działania stanowiły nieodłączny temat rozmów inwestorów. Teraz po tych dyskusjach zostały tylko wspomnienia i... tęsknota.'
Działalność spółdzielni, czyli grup działających w zmowie osób, których celem jest sztuczne sterowanie kursem w taki sposób, by osiągnąć korzyści kosztem innych, nieświadomych niczego uczestników rynku, jest znana chyba na wszystkich rynkach i to od bardzo dawna. W wersji amerykańskiej ten rodzaj działalności nosi nazwę ?kotłownia?. W Stanach Zjednoczonych aż do 1929 r. nie była zabroniona działalność tzw. stowarzyszeń wspólnego obrotu (pool), jednej z najstarszych form manipulowania kursami akcji, w której uczestniczyli najczęściej zarówno inwestorzy, jak i maklerzy.Oczywiście, działalność wszelkiego rodzaju spółdzielni, stowarzyszeń czy kotłowni jest dla rynku szkodliwa. Powoduje utratę zaufania inwestorów (i ? co może najważniejsze ? potencjalnych inwestorów) do tego, co dzieje się na giełdzie. Dzieje się to więc ze szkodą dla inwestorów bezpośrednio pokrzywdzonych wskutek manipulacji kursami, ale także szkodzi samej giełdzie i biurom maklerskim, powodując zmniejszenie obrotów, a co za tym idzie ? i przychodów z prowizji. Problem ten nie był tak bardzo odczuwalny w okresie giełdowej koniunktury, jednak stał się dobrze widoczny właśnie teraz, w okresie, gdy obroty spadły do poziomu najniższego od wielu lat, mimo że mamy wielokrotnie więcej notowanych spółek. Oczywiście, winna temu jest przede wszystkim długotrwała i wyniszczająca bessa, jednak trudno ukrywać, że wielu inwestorów winą za poniesione straty obarcza spółdzielnie i trudno im będzie przekonać się do powrotu na rynek, gdy sytuacja zacznie się poprawiać.Od kilku miesięcy można zaobserwować niemal całkowity brak zainteresowania takimi spółkami, jak Beton Stal, Pażur, 4Media (d. Chemiskór), Atlantis i kilku innych, których akcje stanowiły ulubione obiekty działań spółdzielców. Choć i wcześniej papiery te należały do najbardziej płynnych, to jednak obecnie obroty są żałośnie niskie, a wykres kursu przypomina elektrokardiogram nieboszczyka. A przecież pretekstów do spekulacyjnej gry nie brakowało nie tylko w przypadku tych spółek, ale i wielu innych. Wydawać by się mogło, że malejące obroty na wielu całkiem przyzwoitych niegdyś papierach będą stanowić element zachęcający do podejmowania prób manipulacji ich kursami. Tak jednak raczej się nie dzieje, a jeśli już ? to na niewielką skalę i dość sporadycznie. Jest tak prawdopodobnie dlatego, że przy tak niskich obrotach próby manipulacji są znacznie bardziej widoczne, a więc stosunkowo łatwe do odkrycia przez innych uczestników rynku, a jednocześnie mało opłacalne właśnie ze względu na niewielką skalę potencjalnych korzyści.Wszystko wskazuje więc, że rynek ?załatwił? to, czego nie udało się dokonać organom nadzoru rynku i wymiarowi sprawiedliwości. Oczywiście, wielu inwestorów sądzi zapewne, że manipulanci nie zniknęli z rynku, lecz przenieśli się na bardziej płynne papiery i ?trzęsą? teraz Elektrimem, Telekomunikacją czy PKN-em, a może nawet i kontraktami terminowymi i indeksami. Być może takie próby są podejmowane. Wszak nie jest to aż tak bardzo trudne i nie wymaga ogromnych środków. Jednak skala, zakres, a przede wszystkim efekty takich prób są raczej mizerne. Operując niewielkimi kwotami i pakietami akcji można spowodować zmianę kursu w pożądanym kierunku, jednak z pewnością nie będzie to zmiana ani trwała, ani znacząca i wątpliwe, by przyniosła manipulującemu satysfakcjonujące korzyści. Obecność większych graczy nie pozwala tu na nadmierne ekscesy. Zwolennikom spiskowych teorii ? choć zapewne ich to nie przekona ? mogę jedynie zadedykować jedną z tez Charlesa Dowa, mówiącą, iż rynek jest zbyt zmienny i złożony, by grupa osób mogła wpływać na ceny przez dłuższy czas. Miał on z pewnością na myśli rynki o wysokiej płynności, ale choć w naszym przypadku jest z tym nie najlepiej, to jednak i wielkość kapitału dostępnego manipulantom jest znacznie mniejsza niż na rynkach rozwiniętych.Nie jestem jednak pewien, czy z zaniku manipulacji należy się tak do końca cieszyć. W końcu spekulacyjne manewry przyciągały wielu graczy i niejednokrotnie powodowały ożywienie nawet w całych segmentach rynku. Rosły więc obroty i prowizje, zwiększyły się zyski i straty inwestorów. Trochę więc tęskno, do tamtej tradycji, o czym świadczy choćby jeden z postów na liście dyskusyjnej PARKIETU: ?Wybierzmy w końcu jedną spółkę, zmieńmy jej nazwę na CZAR GPW (...) i pompujmy, pompujmy, tak ze 2000% przez dwa lata. Niech wszyscy oszaleją! Najpierw mali, drobni, potem więksi, potem OFE, TFI, w końcu politycy, a na końcu Merrill Lynch. Potem będziemy się martwić, kiedy to sprzedać. Zafundujmy sobie trochę radości!?Ciekawe tylko, kto nam funduje te ?chwile radości?, których doświadczamy w trakcie ostatnich sesji?