- Sytuacja rynkowa zmusiła do spuszczenia z tonu bez wyjątku wszystkie banki i zapewne jeszcze dużo czasu upłynie, zanim prowizje powrócą do poziomów choćby sprzed roku - uważa Simon Piney, analityk BNP Paribas. - Banki inwestycyjne czekają ciężkie czasy - potwierdza Paul Cantwell, partner w nowojorskiej firmie Accenture Ltd.
Np. włoska spółka Snam Rete Gaz (zależna od koncernu energetycznego Eni) zapłaci konsorcjum banków wprowadzających jej akcje na giełdę zaledwie 1,25% wartości emisji, wynoszącej 2,8 mld euro. Tymczasem jeszcze w lutym br. France Telecom musiał wyłożyć za IPO swojej spółki-córki Orange 2,8% wartości emisji. Warto w tym miejscu dodać, że włoską firmę wprowadzało na parkiet aż 11 banków (m.in. UBS, Schroder, Banca IMI, CS First Boston, Deutsche Bank, Goldman Sachs i J. P. Morgan). W zależności od wkładu pracy dostaną one zaledwie po 0,3-0,5% wartości emisji.
Obecna koniunktura nadal nie sprzyja chętnym do giełdowej kariery. Amerykańskie banki inwestycyjne zwolniły już w tym roku ponad 26 tys. osób. Tak źle było ostatnio w tej branży w 1987 r. Średnie prowizje z IPO, do niedawna jednego z najbardziej zyskownych segmentów ich działalności, spadły w br. do 2,6% wartości emisji, podczas gdy w 2000 r. sięgały nawet 5% (tyle zarobiło 8 banków wprowadzających na giełdę warte 2,6 mld USD walory World Online International NV). Przeciętna prowizja w ubiegłym roku wynosiła 3,1%.
Niewiele lepiej wygląda sytuacja na rynku kolejnych emisji. Np. przy drugiej emisji akcji producenta sprzętu dla branży naftowej IHC Caland NV (wartych 105 mln USD) doradzający, którym był holenderski ABN Amro Rothschild, zarobił tylko 1%. A jeszcze przed rokiem grupa wydawnicza VNU za wprowadzenie emisji o wartości 480 mln USD musiała zapłacić temu samemu bankowi 2,5%.
Zdecydowanie najmniej dochodowym segmentem są prace przy emisjach obligacji. Przed kilkoma dniami hiszpańska Telefonica uplasowała na rynku obligacje zamienne na akcje o wartości 1 mld USD. Zapłaciła doradzającym zaledwie 0,15%.