Zanim resort skarbu ogłosił decyzję o wstrzymaniu sprzedaży swoich "najdłuższych" obligacji, zorganizował spotkanie z grupą dziennikarzy, którzy pół godziny wcześniej niż rynek dowiedzieli się o planach ministerstwa i mieli trzymać języki za zębami. Jeden z uczestników briefingu zobowiązania jednak nie dotrzymał, podniósł słuchawkę telefonu i szepnął komu trzeba.
Ceny "trzydziestolatek", przez wiele lat głównego narzędzia rządu w pozyskiwaniu długoterminowych funduszy, ostro poszły w górę, zanim 31 października o godz. 10.00 rano opublikowano komunikat skarbu. Przeciek dotarł m.in. do czołowego gracza na rynku tych walorów, jakim jest Goldman Sachs (co zresztą firma sama potwierdziła).
Departament skarbu ustalił, że w briefingu, podczas którego nieoficjalnie informowano o zamiarach resortu, uczestniczył też niedziennikarz - Pete Davis, specjalista od rynku papierów dłużnych. Przyznał on, że powiadomił kilku swoich klientów, zastrzegając jednak, że nałożone przez rząd embargo na upublicznienie tego faktu obowiązuje do godz. 10.00.
Według "Wall Street Journal", fakt, że ta informacja dotarła do Goldman Sachsa i być może firma ta zrobiła z niej użytek, sugeruje, że wiedziało o tym szersze grono. Davis oświadczył, że wśród dwóch firm, które wtajemniczył w plany departamentu skarbu, nie było nikogo z pierwszej ligi.
Podobno przed ogłoszeniem wspomnianego komunikatu niektórzy traderzy Goldman Sachsa utrzymywali raczej "niedźwiedzie" pozycje, co świadczyło, że przewidywali spadek cen 30-letnich obligacji. Po telefonie Davisa sytuacja zmieniła się i zaczęli kupować te walory. Tak wynika z rozmów reportera "WSJ" z traderami, którzy tego dnia handlowali z Goldman Sachsem, choć gazeta nie wyklucza, że powody zmiany strategii rynkowej GS mogły być zupełnie inne.