Według agencji Bloomberga, w pierwszej połowie roku obrachunkowego, zakończonej 30 września, spółka poniosła stratę wynoszącą 54,4 mln funtów (77,6 mln USD), podczas gdy w analogicznym okresie przed rokiem osiągnęła zysk sięgający 31,3 mln funtów. Wpływy ze sprzedaży zmniejszyły się o 6,7%, do 1,07 mld funtów.
W omawianym okresie mniejszy, niż przewidywano, był zysk operacyjny spółki, pomijając jednorazowe pozycje, działalność HMV Media Group, amortyzację oraz rozliczenia związane z prawami autorskimi. Wyniósł 43,1 mln funtów wobec 47,5 mln funtów spodziewanych przez analityków.
Szczególnie poważnym problemem dla EMI Group, podobnie jak jej konkurentów, np. Vivendi Universal, jest coraz ostrzejsza konkurencja ze strony internetowych dystrybutorów nagrań. Dlatego brytyjski potentat postanowił utworzyć joint ventures z tego rodzaju firmami, umożliwiając klientom legalne nagrywanie muzyki za pośrednictwem internetu. Jednocześnie podjęto starania, aby ograniczyć zbyt szybki wzrost kosztów. W tym celu od początku roku zwolniono już 500 pracowników.
Kontrast między obecnymi rezultatami a wynikami z poprzedniego roku jest tym większy, że do zeszłorocznego zysku przyczyniło się wydanie albumu "Beatles I", który został sprzedany w 22 mln egzemplarzy. W minionym półroczu EMI Group zdołała nieznaczne zwiększyć udział w północnoamerykańskim rynku nagrań muzycznych, natomiast w Ameryce Łacińskiej doszło do jego zmniejszenia z 15,5% do 11,4%. W skali światowej zmalał on z 13% do 12%.
Prezes Eric Nicoli jest jednak optymistą i uważa, że w skali całego roku obrachunkowego udział brytyjskiej spółki w globalnym rynku wyniesie 14% dzięki sprzedaży nowych płyt, m.in. zespołu Pink Floyd. Zysk operacyjny pozostanie jednak zapewne na takim samym poziomie jak przed rokiem. Zdaniem cytowanego przez Bloomberga analityka Johnathana Barretta z Teather & Greenwood, szanse na poprawę sytuacji EMI Group są niewielkie, jeżeli nie nastąpi wyraźny wzrost popytu w USA.