Rano za dolara płacono 4,07 zł, za euro 3,61 zł, odpowiadało to 11,1% powyżej starego parytetu. Od razu przeważyła podaż. Złoty zaczął tracić, przy czym zmiany nie były szybkie. Około 14.00 dotarliśmy do 10,9%. USD podrożał o 0,2 grosza, wspólna waluta o 0,8 grosza. Koniec dnia przyniósł odreagowanie. Kończyliśmy na 11,1%, przy poziomach 4,07 i 3,614.
Złoty osłabił się nieznacznie w stosunku do poziomów ze środy i znowu miało to związek z rynkiem obligacji. Ich ceny spadły przede wszystkim w odpowiedzi na informacje o tym, że RPP chce "urynkowić" obligacje NBP, które zostały w 1999 roku przekazane bankom po to, żeby w ten sposób ściągnąć dodatkowe środki, jakie pojawiły się w związku ze zmniejszeniem rezerw obowiązkowych (rezerwy obniżono do 5%, ale jednocześnie banki musiały "nabyć" wyżej wymienione papiery, aby nie doszło do wzrostu nadpłynności w sektorze). Chodzi o to, aby można było tymi papierami swobodnie dysponować. Prezes NBP Leszek Balcerowicz oznajmił, że jest to odpowiedź na wprowadzenie opodatkowania lokat i że ma nadzieję, iż banki wykorzystają nowe możliwości do poprawy opłacalności lokat.
W grę wchodzą obligacje o nominale 13 mld zł. Jeśli dojdzie do ich pełnego "urynkowienia" (szczegółów na razie nie podano), będzie to oznaczało wzrost podaży papierów. I właśnie dlatego w czwartek doszło do korekty, która doprowadziła także do spadku wartości złotego.
Polskiej walucie nie pomogła również wypowiedź wicepremiera Marka Belki. Jego zdaniem (i trudno się z nim nie zgodzić), złoty jest przewartościowany. Za główną przyczynę tego stanu rzeczy uznał on prowadzoną przez RPP politykę monetarną.
NBP zapowiedział wprowadzenie tzw. kredytu technicznego oraz lokaty terminowej, aby stabilizować znaczne wahania krótkoterminowych stóp. Poza tym będą publikowane informacje o wielkości wymaganej rezerwy oraz na temat środków banków na rachunkach bieżących w NBP.