Marek Belka mówił początkowo o 10 pkt. proc. Ostatnio, proszony wielokroć przez swoich doradców o nieporuszanie otwarcie kwestii właściwego - z punktu widzenia rządu - poziomu płynnego kursu, poprzestaje już na "kilku procentach nie mających istotnego wpływu na inflację". Ciekawe. Bo do tej pory badania pokazywały, że 1 pkt. deprecjacji przekłada się na 0,1-0,2 pkt. inflacji. Rozumieć jednak wypada, że te kilka punktów bez negatywnego impulsu inflacyjnego - to ze względu na niski popyt krajowy. Co prawda, nie ulega wątpliwości, że aprecjacja kursu jest w Polsce jednym z istotniejszych czynników przyspieszających dezinflację. Znów jednak przez domniemanie wnioskować można, że ponieważ ten rząd nie jest zainteresowany utrzymaniem inflacji na poziomie 4%, niestraszna mu deprecjacja kursu.

Ostatnio do licytacji włączył się wicepremier Jarosław Kalinowski, określając odpowiedni we własnym mniemaniu poziom kursu na "około 5 złotych za dolara". Wicepremier Kalinowski nie wspomniał już nic o inflacji. Może i dobrze. Bo, kto wie, może dowiedzielibyśmy się, że 25 pkt. deprecjacji też nie podniesie inflacji?

Teraz czekamy, kto da więcej? Ktoś da. To pewne. Ciekawe, że rynek na razie ignoruje te werbalne interwencje polityków. Wielu z nas musi jednak gnębić pytanie: jak długo? Częściowej odpowiedzi na to pytanie dostarcza, wolno sądzić, to co stało się ze złotym po mylnej zapowiedzi obniżenia przez Standard&Poor`s perspektywy ratingowej dla Polski. Kurs natychmiast się zachwiał. Na rynku jest po prostu bardzo nerwowo. I czekamy na jakiś zapalnik. Na razie działa opóźniacz w postaci oczekiwań na redukcje stóp procentowych. Jeśli jednak stopy zostaną zredukowane jeszcze o 200 pkt., to opóźniacz działać przestanie.

Rynek ignoruje zachęty polityków do ataku spekulacyjnego na złotego. Ale nie będzie tego robił w nieskończoność. Jeśli stopy procentowe w Polsce jeszcze spadną, a oczekiwania na kolejne redukcje znikną, to kto wie, czy prezes Kalinowski nie obudzi się cały szczęśliwy?