Nałogowi gracze nie cierpią świąt. Tak samo jak weekendów, gdy trzeba odejść od monitora, telefonu, pok-u. Bo nic się nie dzieje. Świat inwestora zamiera. I życie traci smak. Dla nałogowych traderów takie przerwy to tortura. Całe szczęście, że święta są takie krótkie?
Pomimo swoich niezaprzeczalnych wad, święta są jednak ważne. Właśnie dla nałogowców. Nieznośna cisza na parkiecie torturuje, ale i zmusza do zastanowienia. Dopiero wtedy człowiek może się połapać, że w uzależnieniu od parkietu zdecydowanie się zagalopował. I że tzw. normalne ludzkie sprawy zostały gdzieś daleko. Z wielką szkodą dla zainteresowanego. Spotkania z rodziną, przyjaciółmi (spoza giełdowego kręgu?) i znajomymi w sposób czasem niezwykle bolesny udowadniają, że coś jest nie tak. - Jakie nudne życie oni prowadzą - zastanawiamy się, patrząc na ludzi z wyraźnym zainteresowaniem rozprawiających o dzieciach, filmach, wakacjach i tym podobnych nieistotnych wydarzeniach. Ani słowa o Elektrimie, Netii, WIG20, Nasdaq, kontraktach, warsecie? - Jak on się zmienił, mój Boże. Zdziczał zupełnie. O czym on w ogóle opowiada? - z przerażeniem i niesmakiem konstatują znajomi?
Giełdoholizm może przybierać różne formy. Rozmowy ze znajomymi i nieznajomymi oraz obserwacja internetowych list dyskusyjnych (a wcześniej zadymionych pomieszczeń punktów obsługi klienta) przekonują, że nie ma takiej bariery giełdoholizmu, której namiętny miłośnik nie jest w stanie pokonać. Poprzeczka szaleństwa może być ustawiana dowolnie wysoko. I z wielką swobodą pokonywana. Nigdy nie zapomnę strasznie smutnego widoku młodej dziewczyny - inwestorki zanoszącej się w jednym z pok-ów histerycznym płaczem. Bo właśnie doszło do niej, że nie ma już skąd pożyczyć na podwójnie lewarowane inwestycje. A płacz wynikał głównie z faktu, że w jeden dzień straciła zastawione mieszkanie, którego hipoteka miała być zaczątkiem nowej fortuny.
Ale wcale nie jest tak, że giełdoholik to człowiek skazany na klęskę. Istotą giełdoholizmu jest niemożność cieszenia się z normalnych spraw, które wywołują entuzjastyczne reakcje "gojów", nieskażonych giełdowym wirusem. Dla giełdoholika liczy się pozostawanie w grze. I udowadnianie niemal każdego dnia własnego geniuszu. Co - niestety - kompletnie kłóci się ze strategicznym, spokojnym podejściem do inwestowania. Mistrz jednego dnia, tygodnia czy miesiąca wcale nie musi okazać się skuteczny na dłuższą metę. I w tym problem.
W postaci ekstremalnej miłość do liczb, statystyk, indeksów i cen oznacza całkowitą izolację od innych tematów. Utratę kontaktu z wieloma aspektami tzw. normalnego, nudnego, rutynowego życia. Rynek jest całym światem. Dla większości z nas święta, nawet dłuuugi weekend, będą więc tylko przerwą. Trudną, nieznośną. Ale może ocali ona przynajmniej kilku z nas przed kompletną izolacją? Może przerwa zmusi nas faktycznie do potrząśnięcia własnym życiem? I przypisania giełdzie należnego jej miejsca? Osobiście wątpię, ale próbować trzeba.