Ostatni silny wzrost na warszawskiej giełdzie, który wszyscy łączą z efektem stycznia, z pewnością cieszy wielu inwestorów, zwłaszcza zaś właścicieli akcji i długich pozycji na kontraktach. Jednak ja obawiam się, by efekt stycznia 2002 nie był początkiem efektu spekulacyjnej bańki z przełomu 1993 i 1994 r., gdy WIG w ciągu 12 miesięcy pokonał niebotyczną odległość od 1 tys. pkt. do ponad 20 tys. pkt., by później równie efektownie spaść, po drodze grzebiąc rzesze świeżo upieczonych inwestorów.
Wiem, wiem. Inne są obecnie warunki makro, geo itd. Na innym etapie rozwoju jest już okrzepły i dojrzały polski rynek kapitałowy. W jednym jednak widzę pewne podobieństwo, które napawa mnie obawą. Zakładając systematyczny wzrost strumienia pieniędzy napływających na GPW (w 1993 i 1994 r. inwestowane środki pochodziły przede wszystkim od inwestorów indywidualnych, a obecnie od OFE), rynek, podobnie jak to miało miejsce poprzednio, może okazać się zbyt wąski, by mógł wchłonąć napływający kapitał. Początek wzrostu może mieć, tak jak w 1993 r. podłoże fundamentalne, czyli niedoszacowanie notowanych spółek w stosunku do podobnych firm zagranicznych.
Co przemawia za kontynuacją obecnej fali wzrostowej?
1. Po pesymistycznych przewidywaniach z ubiegłego roku zagraniczne banki inwestycyjne (m.in. Merrill Lynch, Credit Suisse First Boston) łaskawszym okiem patrzą obecnie na region środkowoeuropejski, w tym Polskę. Podkreślają proces konwergencji z Unią Europejską i w miarę atrakcyjny C/Z giełdowych spółek.
2. Perspektywa kolejnych obniżek stóp procentowych.