Zgodnie z przewidywaniami, wszystkie instytucje finansowe bardzo dobrze przygotowały się do wymiany pieniędzy. Większość niemieckich banków jeszcze w połowie grudnia przestawiła swoje systemy na euro. W miniony weekend nową europejską walutą płaciło 80% Niemców. To dane opublikowane przez Federalne Zrzeszenie Handlu Detalicznego. Wszystko wskazuje na to, że w ciągu najbliższych dwóch tygodni marka zupełnie zniknie z obiegu. Teoretycznie jednak będzie nią można płacić do końca lutego.

Trudno było zauważyć, by tłumy z rozpaczą żegnały silną i stabilną markę, choć jeszcze kilka miesięcy temu sondaże wskazywały, że nawet połowa Niemców nie chce euro. Największymi sceptykami byli mieszkańcy wschodniej części kraju. Dziś sceptycyzm gaśnie, choć pojawia się kolejny problem, który, przynajmniej na początku, może paraliżować drobny handel. O ile trzyletnia eurokampania zdała egzamin w dużych miastach, o tyle w mniejszych miejscowościach często zdarza się, że handlowcy nie potrafią prawidłowo przeliczać marek na euro. Zdarza się, że niektórzy nie chcą przyjmować monet bitych w innych krajach europejskich, bojąc się, że mogą one być fałszywe (każdy kraj ma inny rewers).

Niemieckie banki nie chcą przyjmować już franków, szylingów oraz innych europejskich walut. Aby pozbyć się starych pieniędzy, trzeba udać się do ich macierzystego kraju. Podobnie jest w Austrii, Holandii czy też Finlandii.

Zdaniem niemieckich analityków, w krótkim czasie można spodziewać się poszerzenia eurostrefy o kolejne kraje. Naciska na to już gospodarka brytyjska. Na przykład, większość dużych sieci detalicznych na Wyspach zdecydowała się na przyjmowanie euro.

Euro na początku stycznia stało się już poważną konkurencją dla dolara. Na przykład, w Chinach zdominowało czarny rynek walutowy, spychając na dalszy plan dolara.