W poniedziałek rano za USD płacono 4,02 zł, za euro 3,595 zł, odpowiadało to 11,85% powyżej starego parytetu. Po kilkunastu minutach było już 3,99 i 3,57, czyli 12,5%. Na więcej nie było jednak złotego stać. Zaczął się powolny spadek wartości. O 15.00 byliśmy na 4,035 i 3,595, a więc na 11,7%. Wtedy proces gwałtownie przyspieszył. Po kilkudziesięciu minutach kursy wynosiły 4,07 i 3,61, a odchylenie zmniejszyło się do 10,75%. Koniec dnia przyniósł jednak odreagowanie. Poziomy zamknięcia to 4,055 i 3,623, czyli 11,2%.
Nowy tydzień zaczęliśmy dość spokojnie. Polskiej walucie już rano udało się zejść poniżej 4 na rynku USD/zł. Potem było nieco gorzej, ale do jakichś dramatycznych zmian nie dochodziło. Złotemu zaszkodziła trochę informacja o podaży obligacji dziesięcioletnich. Jest ona znacznie większa, niż oczekiwano (1,8 mld zł nominału, spodziewano się 1,0-1,2 mld zł). Warto w tym miejscu podkreślić, że znowu na rynku nie ma dużej płynności i stosunkowo niewielkie zlecenia mogą zmienić poszczególne kursy nawet o kilka groszy.
Dopiero przed zamknięciem rynku zobaczyliśmy większą korektę. Jeszcze niższa płynność i aktywność inwestorów amerykańskich zrobiły swoje.
Skąd się biorą takie znaczne ruchy? Czy to początek zamykania pozycji spekulacyjnych budowanych w ostatnich miesiącach? Czy też po prostu ktoś wykorzystuje małą płynność, aby zarobić na wyraźnych skokach? Wydaje się, że oba czynniki odgrywają rolę. Jedno jest pewne, na rynku złotego trzeba teraz bardzo uważać. Poza tym, moim zdaniem, okres silnej waluty powoli zaczyna dobiegać końca. Być może w styczniu złoty będzie jeszcze mocny (choć i to nie jest pewne, wystarczy decyzja jednego inwestora o realizacji zysków), ale w lutym powinien już tracić na wartości.
Dzisiaj dane o inflacji. Analitycy są zgodni - nie powinna ona zmienić się znacząco w stosunku do listopada. Prognozy zawierają się w przedziale 3,5-3,7% rok/rok. Jeśli CPI rzeczywiście będzie mniej więcej na tym poziomie, to szansa na kolejne cięcie stóp wzrośnie.