GPW zamieniła się obecnie w "dwa światy". Pierwszy z nich to rynek terminowy, na którym inwestorzy indywidualni od wielu tygodni utrzymują ujemną bazę. Demonstrują tym swoją ogólną niechęć do wzrostów, które nie mają uzasadnienia w fundamentach spółek.
W drugim świecie żyją fundusze, które z każdym kolejnym dniem chcą przekonać inwestorów, że to nie fundamenty i nie korelacja z rynkami światowymi rządzą giełdą, ale ilość przelanej gotówki z ZUS. Dość wyraźnie było to widać wczoraj, gdy po największym od paru miesięcy spadku w USA, nasz rynek poddał się już od rana bardzo dynamicznym wzrostom, otwierając się przy tym luką, jakby inwestorom pomyliły się znaki przy wynikach amerykańskiej sesji. Na tym jednak polega urok giełdy, że gdy pojawia się na horyzoncie choć cień nadziei na poprawę (w tym przypadku odbicie w USA), wszystkie złe wydarzenia już się nie liczą (tzw. prawo longa). Zbliżyliśmy się na 6 pkt. do ostatniego szczytu na 1435 pkt. i dalsze losy rynku zależą właśnie od tego poziomu. Wyjście górą potwierdzi ruch wzrostowy, zachęcając przy tym misie do ucieczki. Ewentualne spadki przyniosą obawy o podwójny szczyt. Sytuacja techniczna nie zmieniła się. Średnia rośnie, kontrakty także, można tylko z politowaniem patrzeć na to, co wyprawiają fundusze, ale optymizm rynkowy trzeba zachować. Ten zgaśnie dopiero przy porażce wsparć (pierwsze 1372, później mocne 1345-55). Tak to już jest w "Dwóch światach", że w jednym domku żyje grupa osób, która nie dość, że decyduje, kto odpada z zabawy, to jeszcze dostaje za to pieniądze, a druga dopłaca do interesu, marząc o powrocie do drugiej chatki.