Środowe dane o 0,2-proc. wzroście PKB w USA w IV kw. były z pewnością wielkim zaskoczeniem dla ekonomistów (spodziewano się kolejnego spadku o 1,1%). Amerykańscy konsumenci, których wydatki (+5,4%) odpowiedzialne były za wzrost PKB, okazują się nadal zadziwiająco odporni zarówno na wcześniejszą bessę, jak i systematyczny wzrost bezrobocia (70% wzrostu wydatków konsumpcyjnych w IV kw. wynikało z zakupów samochodów). Pomimo optymistycznej wymowy tych danych, tamtejszy rynek akcji ponownie zaczął generować sygnały słabości. Jeśli podczas czwartkowej sesji średnia przemysłowa Dow Jonesa nie wzrośnie o więcej niż 2,6%, będzie to oznaczać, że styczeń okazał się spadkowym miesiącem dla największych spółek w USA. Od 1945 r. analogiczna sytuacja zdarzyła 16 razy. 12 z tych 16 lat (75%), które rozpoczynały się spadkowym miesiącem, zakończyło się rocznym spadkiem wartości DJIA. Podczas tych 4 lat (1956, 68, 70, 82), które okazały się wzrostowe pomimo spadkowego stycznia, roczne minima były ustanawiane odpowiednio w styczniu, marcu, maju i sierpniu. Z tej "statystyki" wynika, że spadek w styczniu jest - podobnie jak czarny kot na drodze - raczej złym znakiem dla rynku akcji w USA, a z zakupami amerykańskich akcji nie należy się spieszyć (chyba że liczymy na powtórkę z 1956 roku, kiedy roczne minimum ustanowione zostało właśnie w styczniu). Czy ten wniosek odnosi się do naszego rynku akcji? W całej jego 11-letniej historii tylko 2 ostatnie lata były okresami bessy na Wall Street. W obu przypadkach również WIG kończył rok na minusie. Co prawda można wyobrazić sobie hossę na GPW podczas kontynuacji bessy w USA, ale sądzę, że na wszelki wypadek lepiej nie opierać swych rynkowych kalkulacji na tym założeniu.