W pierwszych transakcjach za USD płacono 4,18 zł, za euro 3,60 zł, odpowiadało to 10,15% powyżej starego parytetu. Od razu przeważyła podaż. Po dwóch godzinach po raz pierwszy osiągnęliśmy 9,3%. Dolar podrożał o 3,8 grosza, wspólna waluta o 3,3 grosza. Lekkie odreagowanie i znowu w dół, tak że o 13.00 ponownie było 9,3%. Tym razem kursy wynosiły 4,215 zł i 3,637 zł (doszło bowiem do zmian na rynku eurodolara). Potem ponownie przeważył popyt, o 15.30 byliśmy na 9,65%, przy 4,195 zł i 3,625 zł. Kończyliśmy na 9,3%. USD kosztował 4,205 zł, euro zaś 3,643 zł.
No i mamy 4,20 złotego za dolara. Sądzę, że to nie koniec. Proces byłby zapewne szybszy, gdyby nie oczekiwanie na kolejne cięcie stóp procentowych.
Wszystko wskazuje na to, że podaż obligacji w lutym będzie jeszcze większa niż w styczniu. Na razie Ministerstwo Finansów poinformowało, że w najbliższą środę zaoferuje 2,9 mld zł obligacji pięcioletnich (poprzednio 1,9 mld zł) i 2,0 mld zł obligacji dwuletnich (poprzednio 2,8 mld zł), czyli w sumie 4,9 mld zł. To o 200 mln więcej niż miesiąc wcześniej. Raczej nie ma co liczyć na jakieś wyraźne zmniejszenie podaży dziesięciolatków.
W piątek rząd właściwie nie zajął stanowiska w kwestii "poprzeć, czy nie poprzeć" projekt ustawy o NBP, ograniczając się do stwierdzenia, że z jednej strony autonomia banku centralnego i RPP ma być zachowana zgodnie z obowiązującym prawem, z drugiej jednak - w ustawie o NBP jest zapis mówiący o konieczności współpracy RPP z rządem w realizacji polityki gospodarczej. Czyli właściwie niewiele powiedziano. Wygląda na to, że jednak albo na początku stycznia doszło do jakiegoś porozumienia między RPP i rządem, albo któraś ze stron przyjęła argumenty drugiej.
Poza tym ministrowie oczekują, że to nie koniec obniżania stóp procentowych. W dalszym ciągu uważam, że jest szansa na kolejną obniżkę stóp i to być może nawet już w marcu, jeśli tylko nic nadzwyczajnego w sferze makroekonomii się nie wydarzy. A raczej nie powinno.