Zobaczmy więc, co stało się w parlamencie, za sprawą większości koalicyjnej, z projektem tegorocznego budżetu i złotą regułą limitowania wydatków.
Otóż, gdyby nawet wydatki pozostawiono na planowanym przez rząd poziomie 183,9 mld złotych, to i tak oznaczałoby to zaraz na samym wstępie zejście ze "ścieżki trwałego umiarkowanego wzrostu wydatków". Do projekcji tych wydatków przyjęto ubiegłoroczną bazę (wątpliwą, ale zostawmy to) podniesioną o 5,5% (inflacja + 1). Ale tegoroczna średnioroczna inflacja będzie o ok. 1 pkt. proc. niższa. Oznacza to, że na samym wejściu wydatki w tym roku wobec poprzedniego mają rosnąć realnie o 2 pkt. proc.
Tyle, jeśli chodzi o zapowiedzi "realnego zamrożenia wydatków budżetu" w pierwszym roku po ogłoszeniu nowych zasad wieloletniego planowania finansowego.
Na tym jednak nie koniec. Zgodnie z deklaracjami ministra finansów, dodatkowe dochody powinny zmniejszyć deficyt. Tak to przynajmniej rozumieliśmy, zanim nie zaczęły się pojawiać sugestie, że wcale niekoniecznie musi tak być. I te sugestie bardzo pięknie się zmaterializowały w parlamencie. Dochody cudownie się rozmnożyły.
Wydatki zostały natychmiast podniesione o 1,3 mld złotych, a deficyt ani drgnął. I nie jest wcale najważniejsze to, że dochody są papierowe, a wydatki - warunkowe. Ważne jest, że z limitu wydatków, który powinien na ten rok wynosić nie więcej niż 182 mld złotych (gdyby trzymać się tak głośno otrąbionej rewolucji po stronie wydatkowej budżetu), zrobiło się nagle ponad 185 mld złotych.