Wielkość koniecznych wydatków Andersen początkowo oszacował na 600 mln USD, z czego sam zamierzał wyasygnować zaledwie 260 mln USD, a resztę niezbędnej kwoty wnieśliby ubezpieczyciele. Propozycja ta nie została przyjęta, prawdopodobnie taki sam los czeka poprawioną o 200 mln USD wersję przedstawioną we wtorek. Bill Federman, prawnik reprezentujący inwestorów i byłych pracowników Enrona, ocenia, że kiedy wszystkie fakty zostaną ujawnione, roszczenia wobec Andersena mogą osiągnąć 3 mld USD.

Wszystkie roszczenia związane z upadkiem Enrona mogą wynieść nawet 60 mld USD, ale akcjonariusze i pracownicy swoje straty, z powodu spadku kursu akcji Enrona, oceniają na ponad 26 mld USD. Do Andersena mają pretensje, że nie ostrzegł ich w porę przed konsekwencjami ukrywania strat i zobowiązań tej korporacji w spółkach partnerskich, których wyniki nie były uwzględniane w bilansie Enrona. O zaniedbania w tej mierze Andersena oskarżył też specjalny komitet wyłoniony przez zarząd energetycznego bankruta.

Menedżerowie tej czołowej firmy audytorskiej, podobnie jak wielu innych przedstawicieli świata finansów i polityki nie mogli się oprzeć urokowi kierownictwa Enrona i jego robiącej wrażenie sile finansowej. Kenneth Lay, były prezes koncernu, umiał chodzić koło spraw firmy. Zyskał przychylność obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, wspierał materialnie kampanie wyborcze wielu parlamentarzystów, a kiedy trzy lata temu Enron bronił się przed wzięciem w regulacyjne ryzy jego pionu zajmującego się handlem instrumentami pochodnymi, w ramach lobbyingu miejsce w radzie nadzorczej zaoferował ówczesnemu szefowi resortu skarbu Robertowi Rubinowi.

Lay zrealizował swoje zamiary, bo administracja Billa Clintona sprzeciwiła się narzuceniu Enronowi kontroli, wyjątek dla tej korporacji w formie aktu prawnego uczynił też Kongres. Rubin, odchodzący wówczas z rządu nie przyjął jednak propozycji, gdyż ofert takich jak Laya miał kilkadziesiąt i ostatecznie zdecydował się na Citigroup.

Pomysłowość managementu Enrona nie sprowadzała się wyłącznie do manipulowania zapisami księgowymi. W 1998 r., by zrobić wrażenie na analitykach z Wall Street, na ich potrzeby zaimprowizowano działalność centrum operacyjnego, które w tym czasie jeszcze nie było gotowe. Wszystkie role zostały precyzyjnie rozpisane, a próbą generalną kierowali Lay i Jeffrey Skilling, ówczesny nr 2 w koncernie. Pracownicy w pocie czoła udawali, że w tej "potiomkinowskiej wiosce" negocjują prawdziwe transakcje.