Wczorajsze zrewidowane dane o 1,4-proc. tempie wzrostu PKB w USA w IV kw. (po 1,3-proc. spadku w III kw.) stanowią oficjalne potwierdzenie, że Stany Zjednoczone zdołały uniknąć w ubiegłym roku regularnej recesji. Biorąc pod uwagę, że wcześniejsza bessa na Wall Street była najgłębsza od 1987 roku i najdłuższa od czasu spadku z lat 1976-78, można zadziwić się znikomymi rozmiarami realnej "przyczyny" owej bessy. Po oczekiwanym wcześniej negatywnym efekcie majątkowym nie widać ani śladu, a upieranie się, że skok konsumpcji z IV kw. był jedynie "pożyczką", która będzie musiała być "zwrócona" w tym roku, wymaga obecnie dużo odwagi.

Nasz rynek zdołał obronić w minionym tygodniu ważne wsparcie wyznaczone przez listopadowy szczyt WIG20 (1339) oraz linię trendu wzrostowego przechodzącą przez minima rynku z początku października oraz połowy grudnia. Analiza dominującej w ostatnich latach na globalnym rynku akcji cykliczności sugeruje, że kolejna fala wzrostowa powinna rozpocząć się dopiero pod koniec marca. Gdyby do tego czasu warszawska giełda zdołała utrzymać się powyżej listopadowego szczytu, byłby to dowód bardzo dużej siły rynku i zapowiedź wzrostu w II kwartale o rozmiar trwającej od czerwca 2001 r. do stycznia 2002 r. konsolidacji poniżej poziomu 1300 pkt. Oznaczałoby to możliwość 35-proc. zwyżki (licząc od 1339) do okolic poziomu 1800 pkt. który z wielu względów można uznać za maksimum tego, co możliwe w tym roku. Równocześnie przełamanie testowanego ostatnio wsparcia zapowiadałoby spadek o nieco ponad 10% do poziomu grudniowego minimum (stosunek "nagrody" do "ryzyka" równy 3:1). Ostatnie mocne zachowanie rynków zagranicznych nieco zmniejsza szansę materializacji pesymistycznego scenariusza (WIG20 1200 pkt. w marcu).