Mamy więc papierowych doradców (choć oczywiście nie wszystkich!!!), coraz więcej bezrobotnych maklerów i zarządzających incognito (występujących jako analitycy czy traderzy, jak zwał tak zwał).
Czy to patologia? Nie do końca. Osobiście bowiem wolę, żeby moich pieniędzy nie dotykała większość licencjonowanych doradców. Uważam, że zdany przez nich egzamin nie gwarantuje bowiem niczego. Gdybym był złośliwy (a przecież nie jestem...), to mógłbym powiedzieć, że zdany egzamin gwarantuje na pewno to, że taki spec może sprawnie policzyć wygenerowane swoją radosną twórczością straty.
W czym może mi pomóc posiadacz polskiej licencji doradcy inwestycyjnego? - pytał niedawno retotycznie w czasie wykładów jeden z autorytetów świata finansów. Przeładowane teorią i prawem egzaminy, studenci zdobywający licencje na podobnej zasadzie jak karty rowerowe czy uprawnienia wędkarskie, niezadowolenie z jakości zarządzania pieniędzmi klientów i raczej kiepski wizerunek branży asset management - to także wynik już chyba nie pasującej do realiów filozofii licencjonowania doradców i - choć pewnie w mniejszym zakresie - maklerów.
Zwiększanie pola manewru maklerom, o którym pisze dziś PARKIET, to pretekst do tego, by ponownie wrócić do sprawy koniecznego przedefiniowania roli profesjonalistów rynku. Uważam, że najistotniejsze jest tu określenie ram działalności doradcy inwestycyjnego. Zawód ten musi ewoluować - z tego zdaje sobie sprawę pewnie większość. Ale w warunkach polskich doszło do wynaturzenia charakteru formalnych wymagań stawianych doradcom. Prowadzący w Polsce zajęcia w ramach kursu przygotowawczego światowego standardu CFA (Chartered Financial Analyst) Victor Marek Boruń w październikowej w dyskusji PARKIETU wyraźnie sugerował, iż wymagania polskiego egzaminu powinny zostać oparte o standard CFA. Zwracał uwagę na istotne różnice pomiędzy tymi podejściami - polski kandydat na doradcę jest zmuszony do przebrnięcia przez stosy ustaw, podczas gdy autorzy standardu CFA stawiają na zagadnienia praktyczne, ekonomię i etykę.
Oczywiście, nie jest wcale powiedziane, że CFA to absolutny ideał. Ale skoro jest dość szeroko stosowanym standardem światowym, to może warto skorzystać z jego rozwiązań, co na pewno nie uwolni kandydatów na przyszłych doradców od konieczności opanowania PRAKTYCZNYCH implikacji prawa gospodarczego. W każdym razie, na pewno warto byłoby zadbać o to, by polskie i światowe programy szkoleniowe i egzaminacyjne były w miarę ze sobą spójne. Być może warto byłoby także pomyśleć o symulacyjnym programie treningowym dla potencjalnych zarządzających. Może także o obowiązkowych praktykach w co najmniej dwóch instytucjach (choć faktem jest, że łatwe to nie będzie, zważywszy że - jak tak dalej pójdzie - na rynku zostanie tylko kilka biur maklerskich). Tak by doradcy z cenzusem mieli okazję poznania charakteru przyszłej pracy jeszcze przed jej faktycznym podjęciem. Doświadczenie jest szalenie ważne, a terminowanie - pożyteczne. Skracanie ścieżki zawodowej i szybkie wchodzenie w bardzo poważne role nie wszystkim naszym tzw. specom wyszło na zdrowie. Kończyło się bowiem na pensji za licencję, a nie pracę (choć - jak wspomniałem - czasem to i lepiej dla klientów...).