Tak, tak - w tym mateczniku dzikiego, wrednego kapitalizmu. W ostoi wolnego rynku i ojczyźnie wolnych ludzi. A źródło tego fenomenu tkwi, paradoksalnie, w kapitalizmie właśnie. A dokładniej - w ułomnościach wolnego rynku.
Bo wszystko jest fajnie (sorry - skoro o Ameryce, to raczej - "OK!") do czasu, gdy przestaje być fajnie. A za sprawą złodziei z Enrona, cwaniaczków z firm audytorskich i przekręciarzy giełdowych przestało być sympatycznie. Nabici w butelkę inwestorzy, skopana wiarygodność rynku (wolnego...), kompromitacja nadzoru - to wszystko sprawia, że musi rosnąć sentyment do państwa w roli mocarnego Wujka Sama, który w potrzebie poratuje, a i przyłożyć potrafi. W opiniotwórczym "BusinessWeeku" wypominano nawet ostatnio, że nie wolno mylić deregulacji gospodarki z brakiem regulacji. Amerykanie raczej kwaśno mówią teraz choćby o liberalizacji zasad funkcjonowania swojego systemu bankowego (mowa o skutkach zniesienia zakazu łączenia w jednym banku działalności inwestycyjnej i detalicznej).
Postenronowskie ciągoty ku interwencjonizmowi będą jeszcze bardziej zrozumiałe, gdy popatrzymy na fundamenty amerykańskiej gospodarki. Wszak tak naprawdę to przecież Alan Greenspan - facet, w którego słowa wsłuchują się do bólu analitycy i inwestorzy całego świata - jest właściwie symbolem interwencjonizmu. Bo jak inaczej traktować ręczne sterowanie koniunkturą przez otwieranie i zamykanie monetarnego kurka? Z tej perspektywy Alan Greenspan wygląda nie jak Bóg wolnego rynku, lecz jak guru interwencjonizmu właśnie.
A stal? Amerykanie, piewcy liberalizacji handlu w każdym wydaniu (pod warunkiem, że jest to korzystne dla nich...) bez specjalnego rumieńca zatrzaskują drzwi przed importem. Co nie przeszkodzi im oczywiście w przygotowywaniu kolejnych etapów uwalniania światowego rynku.
Żarty - żartami, ale problem jest całkiem poważny. Bo tak sobie myślę, że przyszłość będzie należeć do interwencjonizmu. Stany, Rosja i Chiny udowodnią jego skuteczność. Moskwa i Pekin pokażą także, że do rozwoju gospodarki niekoniecznie potrzebna jest demokracja. Tak więc naiwni sympatycy wolnego rynku będą mieli spory kłopot. Tak będzie. I zamiast obrażać się na rzeczywistość, warto zastanowić się nad mądrym wykorzystaniem doświadczeń gospodarek o większym wolnorynkowym stażu niż nasza. Żebyśmy się któregoś pięknego dnia nie obudzili w ekonomicznym skansenie. Wolnorynkowym oczywiście.