Zamiast śmiałego reformowania niewydarzonych reform jest jednak dreptanie w miejscu. Strategie, pakiety, programy - czyli czarowanie rzeczywistości. A gdzie męskie stawianie sprawy? Gdzie obniżanie podatków? Gdzie bolesne, ale konieczne zmniejszanie deficytu i hurtowej emisji długu (obligacji i bonów), która prowadzi do zawyżania stóp procentowych? Gdzie ograniczanie biurokracji? Gdzie FAKTYCZNE wspieranie ludzi, którzy mogą stworzyć miejsca pracy (lub przynajmniej zachować istniejące!). Gdzie PRAWDZIWE obniżanie kosztów pracy?

Zamiast konkretnych rozwiązań, mamy nieustanną dyskusję o tym, jak to niedobra Rada Polityki Pieniężnej blokuje świetlane perspektywy naszej gospodarki. Bo tak w ogóle, jakby co, to wiadomo, kto jest winny. Jak zwykle - Kwintesencja Wszelkiego Zła - Balcerowicz i jego ludzie. Wczoraj PAP podała, że "minister finansów Marek Belka uważa, że istnieje przestrzeń do obniżki stóp procentowych, gdyż w gospodarce polskiej nie ma czynników, które mogłyby doprowadzić do odbicia inflacyjnego wcześniej niż w 2004 roku". Strasznie odważny ten nasz minister. Zwłaszcza gdy ceny ropy szaleją, a niektórzy analitycy zastanawiają się, czy nie spowoduje to właśnie - zupełnie odwrotnie do przewidywań ministra - wzrostu inflacji i konieczności podwyżki stóp. Tak sobie myślę, że to w sumie całkiem wygodne rozwiązanie, ta Rada Polityki Pieniężnej. Jest na kogo zwalać winę i na kim wieszać psy. Może więc odejść od fikcji i przemianować RPP (czytaj: NBP) na Piorunochron Państwowy. I dać tym samym politykom okazję do wyżywania się do woli. Bo przecież niewiele więcej potrafią. Co najwyżej bajdurzyć o administracyjnym dewaluowaniu złotego.

Swoją drogą - trzymamy oczywiście kciuki za ministerialną prognozę inflacyjną. Choć z drugiej strony - zakłada ona chyba brak znacznego ożywienia gospodarczego i tym samym brak presji popytowej i cenowej. A to wesołe nie jest.

A wracając do polityki gospodarczej - miało być dynamicznie. A nie jest. Po raz kolejny. Ej, wyborco. Znowu ktoś Cię chyba zbajerował. A gospodarka, Twój budżet i nasze portfele dryfują sobie. I tylko coraz więcej znajomych bez pracy. I coraz więcej firm w opałach. Coraz chudsze portfele. Im dalej od Warszawy, tym boleśniej widać rozmiar dramatu. I absurd potopu słów i braku konkretów.