Według ekspertów Ernst & Young, największy spadek popularności odnotowały ulubione do tej pory przez amerykańskich inwestorów rynki, jak Irlandia, Wielka Brytania czy Holandia. Zagraniczne korporacje zaczęły natomiast zwracać pilniejszą uwagę na tzw. kraje peryferyjne - Finlandię, kraje nadbałtyckie i niektóre państwa Europy Środkowowschodniej. Ich największym atutem są bowiem niższe koszty pracy. Jednym z ubiegłorocznych beneficjentów była m.in. Rumunia, gdzie liczba zagranicznych inwestycji podwoiła się do 40 projektów. Zwyżki zanotowano też w Rosji, Turcji, na Węgrzech i w Czechach. Niestety, w tej grupie nie znalazło się miejsce dla Polski.

Największe straty poniosła nastawiona na nowoczesne technologie Irlandia, gdzie liczba zagranicznych projektów inwestycyjnych obniżyła się o 46%. Duży wpływ na to miała dekoniunktura panująca od dwóch lat na rynkach high-tech. Wyraźnie, bo aż o 37%, spadła liczba inwestycji w Holandii. Wyraźną tendencję spadkową zanotowano również w Wielkiej Brytanii i Francji. Ogólnie w 15 krajach wchodzących w skład Unii Europejskiej zagraniczne korporacje zainwestowały w 2001 r. w 1464 projekty. To o 19% mniej niż rok wcześniej.

Mimo ubiegłorocznego zmniejszenia aktywności, wciąż największymi inwestorami zagranicznymi są korporacje amerykańskie. Mają one 37-proc. udział w tym rynku. Liczba realizowanych przez nie projektów spadła w ub.r. o 26%. W innych krajach europejskich chętnie inwestowały też firmy niemieckie, które miały 11-proc. udział w rynku. W przypadku koncernów z Wielkiej Brytanii, Japonii i Francji udział ten oscyluje wokół 5%.

Według Marka Hughesa, konsultanta Ernst & Young i głównego autora raportu, jest mało prawdopodobne, by w tym roku sytuacja na rynku zagranicznych inwestycji poprawiła się. Jego zdaniem, w krajach najbardziej rozwiniętych należy spodziewać się stabilizacji, zaś tendencja zwyżkowa może się utrzymać w mniejszych krajach, zwłaszcza tych, które aspirują do rychłego członkostwa w UE.