Po felietonie z ubiegłego weekendu ("Collosalna kompromitacja") odezwały się głosy (m.in. na naszej liście dyskusyjnej), że przecież wcale nie jest tak źle, jak sugeruję. I że "poczciwy (w domyśle: naiwny i głupi) Kwiecień" chce walczyć z wiatrakami. A poza tym się czepia, zamiast cicho siedzieć.
Z całym szacunkiem dla poczucia realizmu krytyków, muszę zwrócić uwagę, że jest tak źle, jak jest, bo większość nie jest w stanie wyobrazić sobie, że może być inaczej. Że złodzieje i bandyci nie muszą się czuć bezkarni. Że bezczelnych mafiosów i gangsterów, także tych w śnieżnobiałych koszulach i eleganckich garniturach, można posadzić. Że rynek kapitałowy i portfele tysięcy ludzi można chronić. Tak samo zresztą, jak powinny być chronione ulice i domy.
Najgorsze jest chyba przyzwyczajenie do tego, że korupcja, złodziejstwo i bandytyzm to chleb powszedni. Że tak musi być. Że np. na szarej warszawskiej ulicy można ot tak dostać w mordę od znudzonego prozą życia smarkacza, któremu podobał się (albo nie) wynik meczu, kolor oczu, kształt nosa czy cokolwiek innego.
Dlaczego na to pozwalamy? Taka społeczna impotencja. I agresywne oskarżenia o "radykalizm", kiedy piszemy o konieczności wzięcia za mordę bandytów. Zarówno tych w waciakach, jak i w białych koszulach.
Wracając do rynku kapitałowego i gospodarki - powtórzę, że podstawowym, a sprytnie i starannie unikanym, pytaniem do biznesmenów rozmaitego sortu jest to o źródło pochodzenia ich pieniędzy. Nie miałeś, nie zarabiałeś, a masz. A skąd, złotko? Z totolotka? Z mitycznych, nierejestrowanych operacji giełdowych i pozagiełdowych? A może z genialnych, także nierejestrowanych, transakcji na ryku sztuki? Tego typu bajki i bajeczki (choć zapewne prawdziwe w niektórych, ale tylko niektórych przypadkach) są tolerowane przez szeroką publiczność ze względu na brak orientacji w temacie. Niepojęte jest jednak to, iż nad sprawą pochodzenia kapitału przechodzą spokojnie organy, które powinny spraw takich pilnować.