Odliczane z naszych, legalnie pobieranych pensji. Odkładane po to, by mieć za co żyć (wegetować?) na emeryturze. I żaden polityk ani tzw. działacz gospodarczy (to taki piękny sposób na życie...) nie ma prawa nawet sugerować przeznaczania pieniędzy z funduszy na żadne "palące potrzeby budżetu". Wara od tej kasy i basta. Już wystarczającym kłopotem dla przyszłych emerytów jest fakt marnej jakości części spółek na warszawskiej giełdzie, a co za tym idzie, wątpliwych walorów takiego lokowania. Przypomnijmy także, że fundusze i tak finansują budżet, kupując tony obligacji i bonów skarbowych. Wyboru wielkiego zresztą nie mają - państwo bowiem, przez zalanie rynku swoimi papierami, "zadbało" o niedorozwój publicznego rynku obligacji prywatnych (korporacyjnych).
W PARKIECIE żartujemy, że OFE stały się dla niektórych wygodnym wehikułem do wyplątywania się z własnych kłopotów inwestycyjnych. "Nie masz komu sprzedać spółki lub spółeczki - OFE kupi ją od Ciebie!" - zdaje się, że tak właśnie rozumieją oni funkcję funduszy emerytalnych. Stąd myślenie magiczne i opowieści o tym, że - ponieważ spółki X nie sposób opchnąć nikomu na rynku (bo jej wycena leży i kwiczy) - to może się uda wepchnąć ją jakiemuś funduszowi. W końcu to nie ich pieniądze... Podobnym torem rozumowania wydają się iść niektórzy politycy i społecznicy z Bożej łaski. Tacy bowiem zdają się widzieć w funduszach prosty sposób na permanentny brak pieniądza na wszystko. Co będą usiłowali opchnąć funduszom emerytalnym? Wszystko, co się da. Przede wszystkim akcje i obligacje spółek, których jeszcze nie sprywatyzowano (bo się nie udało lub nie chciano tego zrobić) lub papiery dłużne (sekurytyzowany dług) emitowane na sfinansowanie projektów infrastrukturalnych (np. budowę autostrad).
Jasne, potrzebujemy podaży nowych papierów, nowych spółek, nowych instrumentów. Fundamentalną zasadą musi jednak pozostać niezależność decyzji inwestycyjnych. Niezależność pewnie w dużej mierze teoretyczna, bo jak to w praktyce wygląda - to pewnie nawet lepiej nie myśleć (przy czym można domniemywać, że stroną "inspirującą" zakup określonych papierów nie jest państwo, ale np. bank - "matka" danego towarzystwa emerytalnego...). Jako obywatel nie miałbym pewnie nic przeciwko finansowaniu DOBRYCH, EFEKTYWNYCH, z natury długoterminowych projektów infrastrukturalnych i przemysłowych (autostrady, zbrojeniówka, lasy itp.). Z pozoru byłoby to przecież i logiczne, i sprawiedliwe. Cały naród budowałby swój kraj... Niestety, także jako obywatel tego kraju widzę doskonale, w jak bezczelny lub bezsensowny sposób marnotrawione są tzw. publiczne pieniądze. Pardon, żadne tam "publiczne". Moje i Szanownych Państwa. Nasze. Dlatego szlag mnie trafia, gdy myślę, że podobny los mógłby spotkać nie tylko kasę zabieraną nam w ramach haraczu podatkowego, ale nawet i ostatni grosz emerytalny.Znajdą się pewnie tacy, którzy zapałają świętym oburzeniem w reakcji na stwierdzenie, że nie życzę sobie, by moje pieniądze finansowały państwowe projekty. Jeśli mają sposób na zagwarantowanie powstrzymania dalszego, dokonywanego w państwowotwórczym płaszczyku, marnotrawstwa i złodziejstwa - chętnie posłucham. Osobiście wolę jednak mechanizmy ekonomiczne i świadomość, że moim pieniądzom trudniej będzie wpaść w łapy urzędników i związanych z nimi cwaniaków. Dlatego chcę, by moje składki mogły być inwestowane w akcje dobrych polskich firm prywatnych oraz w większym niż dziś stopniu - także w akcje najlepszych firm niemieckich czy amerykańskich.