Fajny tytuł, prawda? Szkoda, że sam go nie wymyśliłem - to cyniczne określenie dotyczy historii gospodarki i rynków kapitałowych, a cytowane jest przez Charlesa P. Kindlebergera w znanej pewnie wielu z Państwa fascynującej historii kryzysów finansowych ("Szaleństwo, panika, krach", WIG-Press, Warszawa 1999 w przekładzie Adama Olejniczaka). Ostatnio wracam do tej lektury głównie dlatego, że nie daje mi spokoju problem korelacji polityki budżetowej i pieniężnej. Powódź sloganów (czasem porażających swoim idiotyzmem) sprawia, że człowiek zaczyna głupieć. I stąd konieczność ponownego zastanowienia się nad klasycznymi scenariuszami kryzysów i krachów. Ale o tym kiedy indziej. Bowiem siedząc w wannie z Kindlebergerem, zamiast pilnie przeglądać przykłady dobrej lub złej regulacji strumieni pieniądza, znów skusiło mnie, by sięgnąć do lekturki bardziej smakowitej. A mianowicie - oszustw finansowych. Bardziej niż Państwo myślicie związanych z trwającą wciąż zapaścią koniunktury.
No więc po raz kolejny śmiałem się z absurdalnych - z pozoru - pomysłów na zrobienie w konia publiki. Jak choćby chyba najgłośniejszej piramidy Ponziego (facet kusił w latach dwudziestych 45 procentami za półtroramiesięczny depozyt, a biznes miał opierać na spekulacji, pardon - arbitrażu... znaczkami pocztowymi). Czy też np. historii z 1857 r., kiedy to kasjer (!) jednej z amerykańskich firm ubezpieczeniowych zdołał przegrać na giełdzie niemal cały majątek swojego pracodawcy (i klientów). A spółki budowlane powoływane tylko po to, by spekulowały ziemią w XVIII wieku? A XIX-wieczna korupcja dziennikarzy - jeden z francuskich bankowców opłacał pół tysiąca takich "speców", którzy wychwalali jego inwestycje...
Dlaczego o tym piszę? Bo przecież jesteśmy świadkami odkrywania lodowych gór powstałych w wyniku internetowej manii, po której czkawka trwa do dzisiaj. Kosmiczne obietnice składane przez e-przedsiębiorców e-inwestorom, tragikomiczne wyceny preparowane przez niektórych analityków, bandyci i złodzieje w zarządach, skorumpowani audytorzy.
Myślicie Państwo, że tzw. rynek będzie mądrzejszy po surowej lekcji z krachu internetowego? Nic z tych rzeczy. Pojawią się nowe manie. Nowi cwaniacy. I nowe ofiary, czasem aż proszące się o to, by je wykorzystać i zniszczyć. Pomysłowość ludzka nie zna granic. Piramidy finansowe i szemrane interesy kwitną, upadają i odradzają się znowu. Wszystko dlatego, że ludzie chcą wierzyć w cuda (osobiście proponuję wiarę w cuda ograniczyć do religii, bo w biznesie ich po prostu nie ma). No więc kwitnie tak dziwnie rozumiana "przedsiębiorczość". Ale kwitnie dlatego, że ludzie tego chcą.
Wszystko, co dzieje się wokół, skłania mnie ku refleksji, że etykę szlag trafił. Kindleberger co prawda pociesza, że kiedyś (no, nawet dość dawno) było jeszcze gorzej, a granice między biznesem a kantem były jeszcze mniej wyraźne. Na pewno do filozoficznych wręcz refleksji o uczciwości i etyce w biznesie zmuszają wypadki związane z aferą Enrona i fundamentalne naruszenie zaufania do branży audytorskiej. Zresztą posłuchajcie dowcipu, który krąży po teraz sieci: "Firma sprzedaje deski po 100 dolarów. Koszt produkcji tejże deski wynosi jednak 120 dolarów. Pytanie: jak audytor wyliczył zysk producenta na poziomie 60 dolarów?"