Tę względną bessę na Wall Street należy widzieć w odpowiedniej perspektywie, ponieważ na wykresie poniżej, ilustrującym relację cen spółek amerykańskich i spółek z reszty świata, zjawisko, o którym mowa, to zaledwie ząbek krzywej (widoczny w prawym rogu), pokazującej w długoletnim okresie zupełnie inną sytuację. Już na początku marca Merrill Lynch obniżył alokację dla spółek amerykańskich w swoim globalnym portfelu wzorcowym z "powyżej rynku" do "neutralnej".

Spółki amerykańskie - wskazuje Merrill Lynch - są postrzegane jako zbyt drogie. Im bardziej rozczarowujące będą ich wyniki finansowe, tym inwestorzy międzynarodowi mniej chętnie będą dokupywać ich akcji.

Bank ten ostrzega, że obecne preferencje inwestorów instytucjonalnych są nie tyle przejawem entuzjazmu wobec tego, co dzieje się na rynkach poza USA, ile wotum nieufności wobec spółek amerykańskich. Wystarczy to jednak, aby dolar (który - jak wynika z sondażu ML - inwestorzy instytucjonalni również uważają za nadmiernie drogi) zaczął spadać.

Według Merrill Lynch, niekorzystna dla rynku amerykańskiego relacja jego dynamiki wobec reszty świat pogłębi się, w miarę jak ożywienie gospodarcze zacznie obejmować coraz więcej krajów. W ujęciu sektorowym, odwrotowi od Wall Street będzie towarzyszyć odwrót od spółek o walorach defensywnych ku firmom, których notowania są podatne na fazy cyklu koniunkturalnego, np. ku producentom papieru.

Inny amerykański bank inwestycyjny, Morgan Stanley, który zaleca inwestorom uwzględnianie w większym stopniu rynków innych niż Stany Zjednoczone, radzi, aby przeważali oni w swoich portfelach przedsiębiorstwa z emerging markets i krajów Unii Europejskiej. W tym ostatnim regionie najlepszy w ciągu całego roku będzie II kwartał, a najbardziej na ożywieniu skorzystają banki, koncerny telekomunikacyjne i spółki użyteczności publicznej.